wtorek, 1 marca 2011

U Kucharzy




Restauracja "U Kucharzy" jest moim bezdyskusyjnym numerem jeden w Warszawie. Obecnie to jedno z topowych miejsc, ale ja trafiłam tam zaraz po otwarciu w 2006 roku, kiedy jeszcze świeciło pustkami i nikt nie mógł odnaleźć się w bardzo monotematycznym, kuchennym wystroju wnętrza, lecz mimo to sukcesywnie przekonywałam do niego corasz szersze kręgi znajomych. Co urzeka mnie w tym miejscu, to nie tylko obłędne jedzenie, zawsze smaczne, zawsze świeże, ale też atmosfera panująca w lokalu. Mieszcząca się w dawnych kuchniach Hotelu Europejskiego Restauracja (skąd zresztą nazwa) mimo prostych, tendencyjnie białych wnętrz jest bardzo przytulna, kelnerzy mają dryg PRLowski z domieszką zachodniego już savoir vivru co jest bardzo ujmujące, całe gotowanie odbywa się na naszych oczach, wszyscy krzątają się, doprawiają, podają, dopieszczają gości i w całym tym uroczym rozgardiaszu jest jakaś niebywała harmonia i miejsce na relaks. Dominuje tu kuchnia polska z domieszką francuszczyzny (efekt rewelacyjny). Na przystawkę dostajemy robione na zakwasie i wypiekane na miescu bułeczki i chleb pełnoziarnisty, do tego własnej roboty masło. Dania główne podawane są prosto ze skwierczących patelni, zupa nalewana z wazy (kojarzy mi się z babcinym domem), tatar krojony jest na naszych oczach (tak, mięso jest drobniusieńko krojone a nie mielone) w tempie niebywałym i osobiście zawsze bacznie czuwam, czy aby kucharz nie poucinał sobie koniuszków palców. Moje ukochane danie to eskalopki w sosie cytrynowym z lanymi kluseczkami i kapustą modrą - nie figuruje już w karcie od dawna, ale śmiało można o nie poprosić. Kiedy natomiast przychodzi pora deseru, stajemy przed prawdziwie ciężkim wyborem: bezlik ciast, ciasteczek, bez i innych pyszności mrugających do nas z tac, a zapewniam, że wszystkie warte są grzechu. Restauracja jako jedna z niewielu wyróżniona jest symbolem Big Gourmand przez krytyków Michelin. Jak określono w "Rzeczpospolitej" - Kulinarny teatr i przedwojenna polska kuchnia w połączeniu z klimatem PRL w hipnotycznym wydaniu. Gessler Restauracja "U Kucharzy", ul. Ossolińskich 7, Warszawa.











Zdjęcie pierwsze via RP

2 komentarze:

Gosia pisze...

Ja mam marne doswiadczenia :( Nasza pierwsza wizyta U Kucharzy to byla straszna pomylka - jedzenie gorsze niz domowe za cene co najmniej wygorowana! Salatka z chyba 20 skladnikow (kucharz chyba wyciagnal z pamieci liste wszystkich podstawowych warzyw dostepnych w polskim warzywniaku i wrzucil je do salatki), drugie danie bylo watpliwej jakosci (nie wspominajac juz o swiezosci potraw), a do tego wszystkiego obslugi gorszej w swoim zyciu nie spotkalam! Co gorsze - restauracje zachwalala moja przyjaciolka, ktora zna sie z wlascicielem. Najciekawsze jest jednak to, ze znajoma przyleciala z Londynu i odwiedzila zachwalana w przewodnikach restauracje 2 tygodnie pozniej i skonczyla w lozku z temperatura i ostra niestrawnoscia! Moze trzeba znac wlasciciela zeby dobrze tam zjesc... :/

Monika pisze...

Moje doświadczenia jak najbardziej cudowne - za każdym razem wyśmienite jedzenie, wspomniane eskalopki mmmmm po prostu niebo w gębie! Klimat, obsługa, DESERY... Obowiązkowy punkt programu przy każdej wizycie w Warszawie :)

Prześlij komentarz