piątek, 21 października 2011

Jesień w Carouge


Długo by w Genewie szukać bohemy. To miasto jest na to po prostu zbyt zamożne. Torebki Louis Vuitton mijają nas na ulicy z taką częstotliwością, jak panie w ciemnych kurtkach i płaszczach na Marszałkowskiej, a największym przejawem luzu jest swobodnie powiewający szal od Burberry, przewiązany na trenchu tej samej firmy. Jest jednak takie miejsce, dosłownie 7 minut tramwajem od centrum, które wnosi inne doznania i ma odmienną estetykę. Carouge jest miasteczkiem, położonym tuż po drugiej stronie rzeki Arve i mimo, że stanowi niemal część Genewy, ma swoją atmosferę, która jest miksem krakowskiego Rynku i paryskiskich uliczek w XIX dzielnicy. 

 O tej porze roku ulice pachną tu kasztanami pieczonymi co kilka kroków, słońce leniwie oświetla stylowe szyldy malutkich butików, które w odróżnieniu do tego, co proponują pozostałe sklepy genewskie - czyli marek z najwyższej półki, mają selekcję ciekawych i kolorowych ubrań, nieco bardziej artstycznych i ciut bardziej wyluzowanych. 
Są dwa miejsca, które w Carouge znać trzeba - to Coco and Co oraz 6 - butikowe komisy z ubraniami vintage od Diora, Vuittona, Chanel, Chloe, Cerutti, Gaultier czy Galliano, oba połozżone przy Rue Saint-Victor (odpowiednio pod numerem 7 i 6). Na uginających się pod ciężarem ubrań wieszakach można wypatrzeć prawdziwe cudeńka, ja skusiłam się ostatnio na szorty Chloe, o których wspominałam TU. Mam wrażenie, że wersje vintage topowych projektantów, dają nam zupełnie inny odbiór estetyczny, niż te z najnowszych kolekcji, prezentowane na Rue du Rhone.
  W Carouge dominują małe, klimatczne restauracyjki, butikowe sklepy - mięsne, spożywcze, z artykułami użytku domowego czy wystroju wnętrza, które zachowują klimat przytulności, melancholii i zatrzymania w czasie, panujący na ulicach.
Do Carouge fajnie jest się wybrać na popołudniowy spacer, przysiąść na lampkę szampana w niewielkiej kawiarni, przy drewnianym stoliku nakrytym białym, haftowanym obrusem. Zamówić do tego tartine de jour, i pogryzając leniwie pieczywo, które najczęściej wypiekane jest w którejś z pobliskich, niewielkich piekarni, przyglądać się przechodniom, którzy zapomnieli dopiąć guzika i odważyli się zestawić ze sobą nawet kilka kolorów z palety, na chwilę zapominając o brązie, czerni i beżu. 

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

Mnie Carouge przypomina ukochany krakowski Kazimierz...Bardzo lubię:))

WhiteChocolateMoccha pisze...

Kaziemierz! Tak! Zupełnie zapomniałam o Kaziemierzu. Dziękuję :-)

Anonimowy pisze...

mnie rowniez troche przypomina 'moj' krakow :) taka namiastka, niewielka.
kiedys nawet z dwojka znajomych zaliczyslismy cos a la knajping :)
pozdrowienia!
pewna_taka

ps. odkrylam ten blog calkiem niedawno i lubie tu zagladac.

WhiteChocolateMoccha pisze...

bardzo to miłe :-)
Tak, też się szykuje na coś takiego...podobno w Carouge się da! Zobaczymy :-)
Dobrej nocy!

Prześlij komentarz