poniedziałek, 31 stycznia 2011

7 rzeczy weekendowych


{Viktor Zakochany w śniegu}

Ten weekend od początku skazany był na powodzenie. W piątek przyleciała do nas moja Mama, która jest jedną z moich najbliższych przyjaciółek i z którą uwielbiam spędzać czas. Godzinami spacerowałyśmy po mieście z Vikusiem, odwiedzałyśmy klimatyczne kawiarnie, próbowałyśmy różnych smakołyków (próbowałyśmy to bardzo delikatne ujęcie sprawy-żadna z nas nie może patrzeć na jedzenie) i godzinami plotkowałyśmy. Zabrałam Mamę na mój ukochany Sticky Date Pudding (tu i tu) i pokazałam jej Supermarket Concept Store (tu), gdzie przejrzałyśmy wszystkie propozycje serbskich projektantów. W niedzielę odwiedziłyśmy wujka mojego narzeczonego, który ma własną wędzarnię obłędnego prosciutto i który poczęstował nas wędzonym leszczem, pieczonym w oliwie z oliwek i podlewanym winem - obłęd! Okryłyśmy też oryginalne Muzeum Olimpijskie z bardzo ciekawą ekspozycją. Słońce przyświecało wszystkim naszym pomysłom i wygląda na to, że ma tak być przez najbliższe dni. Mam nadzieję, że dla Was to był również dobry czas. 


{Muzeum Olimpijskie}
{i jedyna ekspozycja}
{Obłędny płaszcz serbskiego projektanta}
{Prosciutto, będzie gotowe w czerwcu}
{Gorąca czekolada z mini marhmallows, które rozpływają się w ustach}

piątek, 28 stycznia 2011

Zimowe Wesołe Miasteczko

Sweter H&M, sukienka Peacocks, pasek Michael Kors, rajstopy Calzedonia, buty TOPSHOP
Odkąd kupiłam  sukienkę z myślą o założeniu jej podczas świąt, byłam przekonana, że oprócz różnych uroczystości nie wejdzie ona w poczet mojej codziennej garderoby. Dziś jednak obudziło mnie słońce i nabrałam wielkiej ochoty, żeby założyć coś jasnego i zwiewnego. Uwzględniając tylko trzy kreski powyżej zera na termometrze musiałam ją jeszcze jakoś ocieplić. Idealnie nadawał się do tego ciepły, miękki i długi sweter. Ostatnio bardzo podobają mi się takie warstwowe kombinacje, mieszanka delikatnych materiałów dobawionych cięższymi elementami. Daje to możliwość łączenia nie tylko różnych tkanin, ale też stylów, które dzięki naszej inwencji przekształcają się w ciekawą, unikalną kompozycję. W tym zestawie wyruszyłam na spacer z moimi chłopakami i w bajkowej zimowej scenerii parku natrafiliśmy na działające wesołe miasteczko! Przy tej temperaturze nie było w nim jednak żadnego małoletniego amatora rozrywki. 


czwartek, 27 stycznia 2011

Zapiekanka z warzywami na dobry początek diety


Zaczynam przygotowania do diety. Tak, przygotowania, nie samą dietę. Planuje uprzedzić mój żołądek o zmniejszeniu ilości słodyczy, pizzy, pieczywa, burka, pljeskavicy i tym podobnych. Wprowadzam więc stopniowo coraz więcej warzyw, ryżu i innych lekkostrawnych składników. Ostateczne pożegnanie ze smakowitościami planuję na po-wizycie-Moni (mojej przyjaciółki, która przylatuje w odwiedziny). Tymczasem znalazłam fajny przepis na jednej z moich ulubionych stron o gotowaniu (przepis tu), na której są ciekawe propozycje dań, w miarę proste, nieprzekombinowane i pięknie zaprezentowane. Zapiekanka składa się z bakłażana, cukinii, pomidorów, cebuli, ryżu i pysznego, ciągnącego się, lekko przyrumienionego sera. Prosta do przyrządzenia, w miarę szybka (najgorsze jest krojenie, ale później już z górki) i nawet dla mięsożernych mężczyzn stanowi satysfakcjonującą pauzę w pełnokrwistym menu. W sam raz na zimowe wieczory z lampką czerwonego, lekkiego wina i na wiosenne popołudnia, kiedy jemy w ogrodzie, w cieniu drzewa, przy wielkim drewnianym stole, popijając lekko schłodzonym rislingiem.





środa, 26 stycznia 2011

Paryż i Walentynki


Czy zdajecie sobie sprawę, że za dwa tygodnie i pięć dni będą walentynki? Wiem, że wiele osób nie lubi i nie celebruje tego dnia, ale ja szczerze go uwielbiam. Tak - kocham ten cały tani blichtr, serca dyndające w każdej witrynie, przechodnich sprzedawców czerwonych róż i świecące kartki w serduszka. Dziś wieczorem usiadłam z kubkiem mięty i zatopiłam się w drugiej w mojej kolekcji książce Taschena - Paryż. Czy nie cudnie byłoby spędzić czternasty lutego w mieście miłości? Nawet samemu, wznosząc miłosny toast za siebie w restauracji Kong, pięknej, designerskiej, świetlistej, w której Carrie jadła lunch w jednym z odcinków Sex and the City. Albo wybrać się na lampkę wina do Hôtel Costes, który słynie z absolutnie rewelacyjnych chillautowych składanek muzycznych? Wypić kawę w bajkowym Ritzie, przekąsić słynny chleb Poilâne w Café de la Mairie. Obowiązkowo poświęcić przynajmniej pół dnia na odwiedzenie sklepów Chanel, Louis Vuitton, Christiana Laboutina i Maison Martin Margiela. Dla fanów kreskówek, którzy mieli okazję obejrzeć cudne "Ratatuj", jednym z punktów programu powinno być grande herboristerie - sklep z trutkami na szczury i tym podobnymi akcesoriami, pokazany w bajce, z bardzo oryginalną wystawą. Póki jednak nasza podróż pozostaje chwilowo w sferze marzeń i planów - polecam gorąco piękne albumy, które przybliżą nas do wymarzonych miejsc. Wizualizujmy swoje pragnienia i nie ograniczajmy się samozniechęcaniem. Zapraszam więc do wzięcia ze mną udziału w udawanej wycieczce po Paris Paris z pięknym, bogatym albumem w dłoni.






wtorek, 25 stycznia 2011

Ubrania a insomnia


Nie wiem, czy pisałam to już wcześniej, ale blog ten powstał między innymi "dzięki" bezsenności, która nawiedziła mnie w połowie grudnia i została ze mną aż do dziś. Troszkę przyzwyczajam się też  do wydłużonych wieczorów, szczególnie, że zawsze staram się  je sobie jakoś uprzyjemnić. Dzisiejsze oczekiwanie na sen umilam sobie, przeglądając różne zdjęcia o tematyce ubraniowej, które w pewnien sposób mnie poruszają i inspirują. Jakiś czas temu stworzyłam sobie album pt. "Inspiracje", do którego kopiuje wszystkie rzeczy, które mnie zaciekawiły i wracam do niego, kiedy tylko robi się szaro - za oknem i w duszy. Odtwórstwo piękna może być bardzo przyjemne i mieć jak najbardziej pozytywne zakończenie dla nas samych, nawet jeśli chodzi o zwykłe zestawienie spódnicy z bluzką. Szukajmy inspiracji choćby w internecie, szczególnie w takie pochmurne, szare dni, kiedy ciężko doszukać się jej podczas przemykania z domu do pracy pod osłoną parasola. 










Zdjęcia via: TheSartorialist, Cupcakes&Cashmere,SaucyGlossie, RebelAttitude

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Serbsko-syty weekend

{Rozpływający się w ustach i pieszcący kubki smakowe tort czekowladowy}

Ostatnie dwa dni były przepełnione dobrą energią, zabawą i jak zwykle w tym kraju- pysznościami. W sobotę miałam okazję uczestniczyć w prawdziwie serbskiej imprezie, w małym miasteczku, z górami mięsa piętrzącymi się na półmiskach i zespołem składającym się z kontrabasisty, gitarzysty, akordeonisty i skrzypka. Dość oryginalny skład, ale zakładam, że to tu tradycja do przygrywania tradycyjnych melodii. Ciekawie jest podglądać inne zwyczaje, jak np. odtańczenie narodowego serbskiego tańca (tu wykażę się kompletną niewiedzą, ponieważ nie mam pojęcia jak się ten taniec nazywa) przez grupę dziewczyn biorących udział w uroczystości (nie żadne profesjonalne tancerki), w moim wieku, na środku sali, przed wszystkimi zebranymi gośćmi. Czy wyobrażacie sobie, że któraś z Was, lub koleżanka wstaje i zaczyna wywijać krakowiaka czy kujawiaka? Prosto z jednej uczty dotarłam na drugą - urodzinową niespodziankę dla mojego narzeczonego. Uwielbiam robić niespodzianki. Myślę, że coraz mniej rzeczy zaskakuje nas w tych czasach, większość tematów jest do cna wyczerpana - intymność, nagość, granice szoku są co i raz przesuwane na kolejny poziom. Jednak zaskakujące gesty naszych bliskich, wysiłek i chęć włożona w ich przygotowanie, to, że droga nam osoba poświęciła swój czas, swoje myśli i swoją energię, żeby zrobić nam przyjemność jest czymś, co nigdy nie straci na wartości. Tak więc oprócz wielkiego zaskoczenia i radości jubilata i mojej (nasze niespodzianki powinny być dla nas równie wielką frajdą), zostały nam na śniadanie całe stosy różnych pyszności z zamówionego cateringu. Jedynym minusem jest fakt, że bateria w moim aparacie odmówiła współpracy i nie mogę w pełni oddać klimatu tego, co się działo, a jedynie małą namiastkę, za co serdecznie przepraszam i liczę na Waszą wyobraźnię.

{Serbski band}

{Niedzielne śniadanie z pozostałościami z cateringu}

{Główny sprawca moich dodatkowych kilogramów nr.1  - Cevapcici}

{Sprawca nr.2 - Burek, nadziewany mięskiem lub serem, podawany na ciepło z jogurtem}

{On uwielbia arbuzy}

sobota, 22 stycznia 2011

Green Peas Chicken


Gotowanie zawsze sprawiało mi dużą przyjemność, ale teraz, kiedy po mieszkaniu już prawie biega Viktor nie mam czasu (a czasami po prostu jest mi go szkoda) na wypróbowywanie skomplikowanych, zajmujących przepisów. Moimi faworytami są więc potrawy stosunkowo szybkie (stosunek wytrzymałości Viktora, który chce, żebym wzięła udział w rzucaniu piłką do czasu smażenia się mięsa), w miarę proste, ale zawsze zdrowe i bardzo smaczne. Sposób na tego kurczaka wymyśliłam z tzw. braku laku - uwielbiam warzwa a akurat nie zostało nic w lodówce. Znalazłam za to puszkę groszku i kukurydzy, które zawsze trzymam w pogotowiu. Tym sposobem powstało danie, które na stałe wpisało się do mojego domowego menu i z przyjemnością się nim podzielę. Udka kurczaka obieramy ze skóry (brutalnie mówiąc obdzieramy) i doprawiamy. Może być wedle uznania, ja daje sól ziołową, troszkę vegety i przyprawę Cannamela (zawsze przywożę ją z Włoch, ale być może można dostać gdzieś w Polsce, jest genialna!). Natarte tym wszystkim udka wkładam do żaroodpornego naczynia i wstawiam do wcześniej nagrzanego do 180-200 stopni piekarnika (zależy od siły grzania) i zalewam oliwą z oliwek, dodatkowo upewniając się, że ażde udko jest dokładnie naoliwione. Nie przykrywam a kiedy mięso zażółci się z jednej strony, przekładam. Czynność tę powtarzam jeszcze dwa razy. Po 25-30 minutach dodajemy kukurydzę i zielony groszek (wcześniej odcedzone) i rozprowadzamy w miarę równomiernie po dnie - lepiej kiedy maczają się w oliwie niż są na mięsie. Po kolejnych 15 minutach przykrywamy naczynie folią aluminiową lub przykrywką (ja swoją zbiłam niestety). Dajemy kukurydzy i groszkowi tjakieś 15-20 min na zmięknięcie. W sumie kurczak powinien spędzić w piekarniku około godziny. Myślę, że przepis jest na tyle małoskładnikowy, że wszelkie modyfikacje, wedle gustu szefa kuchni będą go tylko ulepszać. Życzę bardzo smacznego kurczaka w kolorach wiosny. 




piątek, 21 stycznia 2011

Rainy Day


Wiosna jednak się rozmyśliła i opuściła dziś Belgrad. Temperatura spadła do plus dwóch stopni i cały dzień padał deszcz. Viktor w ciągu ostatniego miesiąca, od kiedy wyjechaliśmy z mroźnej Warszawy, przyzwyczaił się na nowo do wielogodzinnych spacerów w przyjemnej temperaturze, więc musiałam zapewnić mu różnorodne rozrywki, żeby miał miły dzień i nie odczuł niedostatku. Oprócz zajadania pyszności (mój syn kocha jedzenie tak jak ja) i wzajemnym karmieniu się, wygłupów w suchej wannie, wspólnego raczkowania po całym mieszkaniu oraz zabawie w chowanego, poleniliśmy się troszkę, wylegując na kanapie i oglądając Bumbe (polecam - przyjemna bajka dla maluchów, niestety chyba nie jest dostępna po polsku, jeśli dzidziusiowi robi to już różnicę). Kiedy Viktor zasnął, wybrałam się na moją drugą Slave, która podniosła temperaturę w całym Belgradzie, bo oprócz fantastycznej zabawy i znakomitego poczęstunku, chłopak mojej przyjaciółki oświadczył się jej! Pięknie być świadkiem takich ważnych momentów w życiu bliskich nam ludzi. Czasami sami możemy dobawić nieco ciepła, mimo, tego, co pokazuje nam termometr. Sve najbolje draga moja! Ljubim te.