czwartek, 31 marca 2011

Szpinakowe Muszle

 Więcej moich przepisów oraz wpisów na www.smakowitezycie.blogspot.com lub na facbook’u http://www.facebook.com/Smakowitezycie?ref=hl

Kobiety..Uwielbiam je, uwielbiam z nimi przebywać, gadać, śmiać się.
Są podstawą mojej równowagi życiowej. Niezwykle mocno staram się pielęgnować przyjaźnie, które zaistniały między nami.
Szczególne miejsce w moim sercu zajmują moje siostry, bez których mój świat zawaliłby się niczym domek z kart. Są najważniejszymi osobami w moim życiu.
Zaskakującą i jednocześnie niezwykle mocną kobiecą więź odnalazłam w pracy. Cztery wspaniałe kobiety, każda piękna, każda mądra, każda inna i mimo tej inności wspólnie stworzyłyśmy perpetuum mobile. W naszym małym świecie na 6 piętrze zorganizowałyśmy azyl, w którym chronili się wszyscy poszukujący ukojenia. I mimo, że los rozwiał nas po różnych zakątkach Warszawy to wciąż wieczorne spotkania przy winie są niezwykłym przeżyciem, a teatralne wyjścia zawitały już w tradycji miesiąca. (A,D,D,K)

No i czas liceum, kiedy zawiązywane znajomości pozostają już chyba na całe życie. Znamy się już szmat czasu.
Weekendowy wieczór to jeden z tych ważnych dni, kiedy każda z nas zjeżdża z różnych stron tylko po to żeby zjeść wspólnie coś pysznego, porozmawiać, wymienić się wszelkimi plotkami, wspólnie przezwyciężyć problemy i po prostu być ze sobą. To wieczór pełen ciepłych słów, otuchy, wsparcia i ważnych deklaracji, ważnych szczególnie dla mnie.
Dla takich właśnie chwil rzucam wszystko o każdej porze dnia i nocy, pakuję się w samochód i jadę…wcześniej spędzając kilka godzin w kuchni zastanawiając się, czym tym razem je rozpieścić….
 
Tym razem padło na MAKARONOWE MUSZELKI NAPAKOWANE SZPINAKOWYM FARSZEM

Składniki: 
  • makaronowe muszle 
  • paczka szpinaku mrożonego 
  • pół pudełka sera feta 
  • pół kubka serka mascarpone 
  • 6 ząbków czosnku 
  • 10 sztuk suszonych pomidorów 
  • 2 jajka 
  • sól, pieprz do smaku 
  • twardy ser typu peccorino do posypania na wierzchu

Sos pomidorowy:
  • 3 ząbki czosnku
  • koncentrat pomidorowy (ja używam Primo Gusto bo najbardziej mi smakuje)
  • sok z połowy cytryny
  • tabasco
  • zioła

Proces twórczy:
Makaronowe muszelki wrzucić do osolonego wrzątku, podlać nieco oliwą, co by się nie posklejały. Gotować tyle ile jest napisane na opakowaniu.
Czosnek drobno posiekać wrzucić na rozgrzaną oliwę, uwaga żeby nie przypalić!!, Dorzucić do tego zamrożony szpinak i to razem pitrasić aż do momentu, kiedy się nie rozmrozi.Zdjąć z ognia, przestudzić i stopniowo dodawać:
mascarpone,
fetę,
drobno pokrojone suszone pomidory.
Po dodaniu tych wszystkich pyszności doprawić po swojemu, każdy tak jak lubi i wrzucić jajka (calusieńkie).

      W między czasie zrobić sos:
      Czosnek podsmażyć na oliwie, dolać do niego koncentrat, doprawić cytryną, tabasco, solą oraz pieprzem.

        1.Kilka łyżek sosu wylać na spód naczynia, w którym będziemy zapiekać muszle,
        2. Posypać świeżymi ziołami, które w piekarniku uwalniają swoje genialne zapachy, (ja wrzuciłam kilka gałązek tymianku oraz rozmarynu).
        3. Na tym układać napełnione szpinakiem muszelki, dodatkowo z wierzchu polać je sosem. 

        4. Posypać startym parmezanem.

        Akcja piekarnik:
        Na pierwsze 5 min wstawić do piekarnika nagrzanego do 220 st, żeby szybko ścięło się jajo w farszu. Potem zmniejszyć temperaturę do 180 st i zapiekać przez ok. 20-25min.

        Bon Appetit


        PS. O przyjaźni z właścicielką owego bloga nie wspominam celowo. To temat na zupełnie oddzielne rozważania. Mam nadzieję, że przy okazji wspólnego pichcenia i na to przyjdzie czas.

        Working Space

        Płaszcz Dolce&Gabbana, sukienka Zara, rajstopy Calzedonia, buty Diesel, torba Zara 
        Strój biurowy wcale nie jest łatwym orzechem do zgryzienia. Każdego ranka próbuje dorzucić szczyptę pikanterii, miż mażu, czy czegokolwiek ciut innego. W tym zestawie czułam się naprawdę świetnie - połączenie delikatnej sukienki z cięższymi dodatkami. Wyciągnęłam też swoją torebkę z Zary, która przeleżała tam , w oczekiwaniu na ponowne ujrzenie światła dziennego, kilka ładnych sezonów. Uwielbiam to, jak podskakują na niej frędzelki w rytm kroków, jest też niesamowicie pojemna (podczas ostatniego lotu były w niej: rzeczy do przewinięcia dla Viktora, laptop, książka moja i Viktora, mój Moleskine, portfel, telefon, błyszczyk, klucze, 2 zabawki Viktora, paszporty, chusteczki, okulary przeciwsłoneczne - aż sama się ponownie zdziwiłam po przeczytaniu tej listy). Płaszcz jest moją perełką i pomimo wcześniejszych obaw, że będzie bardzo wymagający w stosunku do tego, co pod nim, okazuje się pasować do bardzo wielu rzeczy. 


        wtorek, 29 marca 2011

        Bez obciachu


        {Moich kilka ajfonowych zdjęć z Belgradu - tu błoga kawa, czytanie książki a Viktor na spacerze z dziadkami}

        W piątek zdarzyło się coś, co nigdy wcześniej nie miało miejsca - zapomniałam zabrać ze sobą aparat. Przypomniałam sobie dopiero przy odprawie na lotnisku (jakoś za mało rzeczy do prześwietlania), było więc ciut  za późno. A szkoda, bo pogoda była obłędna i przyjemności wiele, więc miałabym się czym z Wami podzielić. Szczęśliwie poratowała mnie Tyna - dziękuję Ci kochana moja! Brak apararatu zaowocował natomiast pewnymi obserwacjami, które dzięki braku pryzmatu, jaki daje spojrzenie zza obiektywu, być może nie miałyby miejsca. Spędzaliśmy sobotni wieczór w obłędnej restauracji "Maneż". Smaku jedzenia (w tym wołowiny marynowanej tydzień w oliwie z oliwek i lekko tylko podwędzonej, owczym świeżym serku zawijanym w cieniutką jak papier cukinię..) nie zapomnę, ale jeszcze bardziej zafascynowało mnie coś innego - swoboda i luz gości. Restauracja jest uważana za naprawdę dobrą i całkiem "fancy",a mimo to, absolutnie nikt nie puszył się i nie napinał. Do kolacji przygrywał nam trzyosobowy męski zespolik, składający się z kontrabasu, gitary i akordeonu. Panowie podchodzili do każdego stolika, śpiewali do gości, patrząc im w oczy i uśmiechając się. Bez żenady, bez udawania, że w zasadzie są tu przypadkiem. Goście, którzy znali daną piosenkę włączali się do śpiewu i momentami śpiewał cały lokal (oprócz mnie niestety - nie znam jeszcze bałkańskich tekstów). Od czasu do czasu ktoś wstawał, zatańczył i nie było w tym nic dziwnego, nikt nie wskazywał palcami, nikt nie oceniał umiejętności i procentu Beyonce w wykonywanych ruchach. Po zastanowieniu, uświadomiłam sobie, że tam zawsze tak jest. Lans polega na samym przebywaniu w miejscu uznawanym za modne, nie ma natomiast wpływu na zachowanie. Mam odczucie, że w Polsce jest jednak nieco inaczej. Mniej tolerancyjnie. Bardziej oceniająco. Ludzie na bałkanach bawią się,wygłupiają, wariują, żartują. Dla siebie. Bez obciachu. I tak sobie myślę, że jeśli brakuje nam w Polsce (choć oczywiście nie ma co generalizować, ale jest bardzo wiele takich miejsc, zdarzeń, sytuacji) takiego pełnego, sympatycznego luzu, to zacznijmy od siebie i nie dajmy się oceniać. A jak? Nie przejmując się kompletnie! W końcu wszyscy się przyzwyczają do tego czy innego zachowania. Sami stawiamy dla siebie bariery. Nie warto za bardzo się ograniczać!
        {Prasówka}
        {Kawiarnia Mosaic}
        {Nasze popołudnie we dwójkę we Fridzie}
        {Stały widok z częstotliwością dwutygodniową}
        {Ja - nie za piękne zdjęcie chyba, ale w końcu jak bez obciachu to bez!}

        poniedziałek, 28 marca 2011

        7 rzeczy weekendowych

          Więcej moich przepisów oraz wpisów na www.smakowitezycie.blogspot.com lub na facbook’u http://www.facebook.com/Smakowitezycie?ref=hl

        kolacja z przepysznym imbirowym łososiem
        Nieoczekiwanie berło 7 weekendowych rzeczy dzierżę ja. Dorotka całkiem przypadkowo wzięła sobie fotograficzny urlop:)
        Za oknem wiosna, pachnie świeżością, słońce budzi plamą światła na twarzy, jest pięknie.
        Ludzie powyłaniali się z domów i szeroko uśmiechnięci nieśpiesznie wędrują w tylko im wiadomym kierunku...
        Weekend bogaty w ciepłe rozmowy z kobietami, których obecność w swoim życiu niezwykle cenię oraz pełen smaków z całej gamy możliwości
        Sielskość i anielskość burzy wizyta na BioBazarze, który  mimo potencjału zarówno miejsca jak i pomysłu zupełnie nie zachwyca niczym.

        filmowy wieczór piątkowy
        przesłodki bezowy tort w Kafce na Oboźnej gdzie wielkie okna pozwalają łapać każdy promyk wiosennego słońca
        jagodowy koktajl, po którym strach się uśmiechać
        faszerowane makaronowe muszle przygotowane specjalnie na babskie pogaduchy
        moje zioła, które nieśmiało pokazują swoje główki
        samodzielnie zapakowany prezent, bo dziś jest wyjątkowy dzień:) WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO URODZINOWEGO PANIE P!!

        czwartek, 24 marca 2011

        Babeczki czekoladowe z pomarańczą by Tyna

         Więcej moich przepisów oraz wpisów na www.smakowitezycie.blogspot.com lub na facbook’u http://www.facebook.com/Smakowitezycie?ref=hl


        Baby, babki, babeczki…każdy je lubi :-) Są małą, słodką formą przyjemności, a przecież o to w życiu chodzi :-)
        Inspiracją do ich stworzenia były 3 rzeczy:
        Podstawową stał się przepis, który pojawił się w styczniowej „Kuchni”…mocno czekoladowe ciasto przełamane kwaskowatą wiśnią, które w DZIEŃ KOBIET zawojowało męskie serca mojego pracowego zespołu.
        Drugą było zdanie mojego przyjaciela, że „CZEKOLADA KOCHA SIĘ Z POMARAŃCZĄ” i wtedy myśl, niczym u Pomysłowego Dobromira…a czemu właśnie nie tak? A czemu nie pozmieniać i nie pobawić się smakami..bo faktycznie moją ulubioną czekoladką jest The Belgian Chocolate Group, Truffles with Orange…za każdym razem przeżywam kulinarne rozkosze, kiedy aksamitnie rozpływa się w ustach.
        Trzecia to najnowszy nabytek po wieczornych odwiedzinach Arkadii. Przepięknie wiosenne, ceramiczne foremki :-) Już same ich kolory inspirują do działania. Patrzę na nie i uśmiecham się szeroko na myśl, co można w nich pysznego upitrasić.

        Zapalnikiem do działania były odwiedziny. Niespodziewanie o 22 zapowiedział się gość, więc czemu nie przywitać go słodkim podarunkiem? W kuchni zawirowanie, pachnie tartą skórką z pomarańczy, w powietrzu zakurzyło się od kakao i mąki, masło cichutko pyrkocze w rondelku, nad tym wszystkim dostojnie czuwa Cointreau, który w moich myślach stanowi doskonały dodatek do tego eksperymentu.
        Łącze, mieszam, zachwycam się zapachem i konsystencją… dno foremki wykładam obraną ze skórki, drobniusieńko pokrojoną, słodką i soczystą pomarańczą, zalewam to czekoladową masążółte foremki pięknie wyglądają napełnione czekoladowym złotem…do piekarnika i niecierpliwie czekam…Zapach czekolady fruwa po domu niczym dama w nawiedzonym zamku…
        SĄ,
        Piękne,
        Pachnące, 
        Wytrawnie słodkie,
        Mocno czekoladowe z pomarańczowym wdziękiem…
        Zrobienie ich zajęło mi łącznie 40 minut…
        Z efektu końcowego wniosek jest taki: cząsteczki pomarańczy wrzucić DO ciasta, a nie na spód foremki.
        Po pierwsze dla konsumującego będzie to jeszcze większa niespodzianka kulinarna, Po drugie z estetycznego punktu widzenia taka rozklapciana pomarańcza wygląda mało efektownie. Reszty nie zmieniam, bo jest PYSZNIE.

        Poniżej przepis…zarówno ten podstawowy jak i mój zmodyfikowany:
        Składniki:

        Ciasto:
        • 250 g mąki pszennej
        • 9 łyżek kakao
        • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
        • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
        • 200 g cukru
        • 200 g brązowego cukru 
        • 2 jajka
        • 1/2 szkl. maślanki
        • kilka kropli olejku waniliowego (tu proponuję kilka kropelek ekstraktu z pomarańczy…można go zrobić samemu lub kupić w fajniejszych sklepach takich jak „Kuchnie Świata” bądź „Marks and Spencer”)
        • 1 łyżka brandy lub likieru czekoladowego (ja dodałam koreczek Cointreau, może być również Triple sec, jest słodszy)
        • 240 ml wody 
        • 125 g masła
        • 1 łyżeczka soli
        • 35-40 dag rozmrożonych wiśni bez pestek (zastąpiłam je obranymi cząstkami pomarańczy bez skórki i białej błonki, drobno pokrojonymi)
        Ganasz:
        • 250 ml śmietany tortowej (36%)
        • 3 łyżki miodu lub syropu klonowego (dałam 1 łyżkę miodu)
        • 250 g gorzkiej czekolady
        • kilka kropli olejku waniliowego

        Piekarnik rozgrzać do temperatury 190 st. C. Foremkę 20 x 30 cm wyłożyć papierem do pieczenia. Do jednej miski przesiać mąkę z kakao, sodą i proszkiem do pieczenia, dodać oba rodzaje cukru i wymieszać. W drugiej misce zmiksować jajka z maślanką, olejkiem i brandy. Do rondelka wlać wodę, dodać masło, sól i podgrzać prawie do zagotowania. Powoli wlewać do suchych składników stale mieszając. Następnie dodać jajka z maślanką i starannie wymieszać. Wiśnie dokładnie osuszyć, rozłożyć je na dnie formy i zalać ciastem. Ciasto wstawić do piekarnika i piec 25-35 minut. 
        Do rondelka wlać śmietanę, dodać miód i podgrzewać prawie do zagotowania. Czekoladę posiekać, skropić olejkiem i zalać gorącą śmietaną. Odstawić na minutę i wymieszać, aby powstała gładka masa. Rozsmarować ją na wierzchu i bokach ciasta. 

        Z tych proporcji wyszło mi 12 babeczek, to tak orientacyjnie :-)

        I jeszcze jedna uwaga na koniec..proponuję nie ograniczać się formą…jeśli brak foremki babeczkowej, niech będzie klasyczna muffinkowa, a jeśli spodziewacie się większej ilości gości proponuję upiec po prostu blaszkę ciasta…gotowanie to radość :-) i tego należy się sztywno 3mać




        Zdjęcia i tekst - Martyna Kubicka