piątek, 30 września 2011

Jabłuszko pełne snów.....

Być może będzie to jeden z najbardziej banalnych postów , jako że “Wielkie Jabłko” znają prawie wszyscy,  jeśli nie z osobistych wizyt to z wielu filmów, reportaży, opowiadań bliskich lub znajomych czy chociażby z codziennych wiadomości z wszelkiej maści kanałów telewizyjnych. Wszystko co mówią jest prawdą a jednocześnie nic z tego nie jest aktualne. Kiedyś zapytano słynnego trenera z byłej Jugosławii - Vujadina Boszkowa, jak to jest możliwe, że sławny Real Madryt  przegrywa z ostatnią drużyną w tabeli i których budżety mają się jak 100 do 1. Odpowiedział: “bo futbol  to jest futbol”. To samo można by powiedzieć o Nowym Jorku: Nowy Jork jest Nowym Jorkiem. Miasto, które nigdy nie śpi, nie odpoczywa, nie ma wakacji, nie ma jednej chwili wytchnienia.Jeśli są miejsca na świecie, do których można by powracać i powracać i zawsze znaleźć coś nowego, coś innego, coś nadzwyczajnego, to NYC musi się znaleźć w czołówce tej listy, a ja postawiłbym je chyba na pierwszym miejscu.
Katedra św. Patryka
sklepienie
Rockefeller Center w mglisy wieczór
Rockefeller center
nowojorscy stróże prawa






nowojorscy strażacy maja wielkie poważanie wśród mieszkańców
Miałem okazję być tam wielokrotnie na przestrzeni wielu lat i za każdym razem to miasto jest inne, zaskakuje zawsze czymś nowym, pełne życia, twórczości, przyjazne dla odwiedzającego i stojące z otwartymi ramionami aby go przyjąć. Muszę też złamać lance w obronie amerykanów, a konkretnie w tym przypadku nowowjorczyków. Ludzie otwarci, przyjaźni, chętnie udzielający pomocy przybyszowi, (spróbujcie z planem miasta w ręku zatrzymać kogoś w Pradze i zapytać o coś – życzę szczęśliwych łowów).  Rzeczą rzucającą się w oczy i którą się czuje jest poczucie bezpieczeństwa. Na ulicy, w metrze, w nocy, o jakiejkolwiek porze możemy czuć się bezpiecznie i zawsze w pobliżu jest jakiś policjant, jeśli nie w mundurzde to po “cywilnemu”, jak to się zwykło mówić. A że nie jest wskazane szwędać się po Bronxie o 3-ej rano….w Warszawie na Targówku też nie jest to wskazane po 21-ej. Nowy Jork ma tyle do zaoferowania, że naprawdę nie wiadomo od czego zacząć. Najlepiej chyba od tego, że potrzebny jest przynajmniej tydzień, aby poznać go choć trochę. Ja proponuję zacząć od “pępka świata”, czyli od Time Square.

Time Square
Strefa "Zero" gdzie powstaje nowy World Trade Center






The Sphere - rzeźba która stała u wejścia do World Trade Center a która teraz stoi w Battery Park
Niekończąca się gra neonów, reklamy przedstawień na Brodwayu,ciągły ruch ludzi i pojazdów, sklepy, muzyka, restauracje, hotele, bary – istny szał, który jednak nie męczy. Muzea na które trzeba by było poświęcić następny tydzień, fantastyczny Central Park, prawdziwa oaza w samym środku miasta, Wall Street, część finansowa, która zajmuje południowy Manhattan i skąd można wsiąść na bezpłatny prom, który zawiezie nas na Staten Island przepływając po drodze obok Statuy Wolności, wspaniały Brooklyn Bridge, łączący Manhattan z dzielnicą o tej samej nazwie.
Broadway
...numer 100
Tiranosaurus Rex w Muzeum Historii Naturalnej
Giełda Nowego Jorku na Wall Street
wspaniały Central Park..... 
...gdzie można pojeździć rowerem....
...lub nakarmić wiewiórkę
Brooklyn Bridge 
Statua Wolności
Nie można pozostawić bez zwiedzenia Central Station, fantastyczny budynek, którego wnętrze zaskakuje wszystkich, a jeśli już tam jesteśmy, to koniecznie trzeba spróbować czegoś w jednej z wielu restauracji, no a jeśli ktoś jest fanem ostryg, to obowiązkowo musi dotrzeć do Oysters Bar i spróbować tamtejszych dań – gwarantuję, że w promieniu wielu, nawet bardzo wielu kilometrów nie znajdziecie lepszych!

Grand Central Station - sala główna







No i kto się oprze pokusie spróbowania słynnego hot-doga z ulicznego wózka, są wspaniałe! Oczywiście żadna wizyta w NYC nie obejdzie się bez obejrzenia tego miasta z wysokości. Ja polecam, aby w ciągu dnia zrobić to z Empire State Building, a wieczorem z Rockefler Center w tej właśnie kolejności. A dlaczego? Sami się przekonajcie! Obowiązkowy jest też spacerek po 5th Avenue. Kto by się oparł wizycie u Tiffany`s czy wejściu do Trump Plaza. Sklep  NBA również cieszy się olbrzymim powodzeniem.
Yellow cab`s - typowe nowojorskie taksówki na  słynnej 5th Avenue
czym byłby Nowy Jork bez Spidermana...
...i typowych schodów awaryjnych
Nasławniejsza ulica sklepowa na świecie to i oczywiście wszystkie najlepsze marki są tam obecne. Jedno jest pewne - że koniecznie trzeba sobie przygotować wygodne obuwie, ponieważ ilość zrobionych kilometrów, a w zasadzie mil, bo to one są tam używane, jest proporcjonalna do wielkości miasta i ilości ciekawostek, które zaskakują nas na każdym kroku. Polecam również przelot helikopterem nad Manhattanem – po wyjściu nie zapomnijcie o zabraniu szczęki, która wypadła z wrażenia i gdzieś tam leży na podłodze.Chciałbym jednocześnie znieść mit o tym, że nie ma tam nic innego do zjedzenia niż hamburgery, hot dogi, pizza i coca-cola. Nic bardziej błędnego! Cokolwiek nam się zamarzy, możemy to prawdopodobnie dostać za następnym rogiem ulicy, a i ceny nie są wcale odstrasząjące. Po autentycznym nowojorskim  śniadaniu zresztą i tak ledwo mamy chęć coś przegryźć, może dopiero po południu. I nie martwcie się jeśli nie znacie angielskiego, zawsze się znajdzie jakaś uczynna dusza, która pomoże nam po polsku, hindusku, hiszpańsku, grecku, włosku czy turecku czy w jakimkolwiek innym języku świata. Bo Nowy Jork to taki właśnie “cały świat” – wszyscy są tam obecni, każdy znajdzie tam swoje miejsce i kogo by nie zapytać, to wszyscy jednym chórem wrzeszczą I LOVE NEW YORK! A ja tam byłem i też tak się darłem. 






widok na Central Park z Rockefeller Center


P.S. Dla tych, którzy maja chęć zobaczyć zdjęcia w większym wymiarze proszę kliknąć w zdjęcie a jeśli jeszcze jest Wam mało to naciśnijcie klawisz F11

czwartek, 29 września 2011

Ciasto z dedykacjami...pozostajemy w klimacie dyniowo-kabaczkowym

 Więcej moich przepisów oraz wpisów na www.smakowitezycie.blogspot.com oraz na facbook’u http://www.facebook.com/Smakowitezycie?ref=hl

No to zaczynam spowiedź:)
Wszystko zaczęło się, tak naprawdę w sobotę. Kiedy to wieczorową porą zajechałam do mojej  przyjaciółki Moń (to ta sama co mnie odwiedziła wtedy ...) , na bajeczną (wg. innej przyjaciółki Wery) pomidorową. Pomidorowa faktycznie przednia..a przepis, od jak zwykle niezawodnej Asi z Kwestii Smaku...o TU
Wyjadając resztki pomidorowego płynu z kubeczka wzrok mój padł na 3 gigantyczne kabaczki, tudzież cukinie...Wstyd się przyznać, ale mam problem z rozróżnieniem.
 Ponieważ Marta (Moń) jest wróżką, w mig złapała moją nagłą i niepohamowaną chęć posiadania tej żółtej bestii..I tak stałam się jej właścicielem i tu zaczęły się kłopoty.  
Aha, to pierwsza dedykacja..Moń, moja droga, ten przepis w 1/3 dedykuję Tobie.
Jadąc do domu rozmyślałam cóż z tym zrobić i w meandrach mojej pamięci pojawił się przepis na czekoladowe ciasto z cukinią z którejś tam Kuchni..Wpadłam do domu i przewertowałam całą stertę gazet, które oczywiście kocham całym sercem, są moim ukojeniem, moją miłością, moją biblią i moim nałogiem.


We wtorkowy wieczór przystąpiłam do tworzenia, ogromnie ciekawa smaku..Bo połączenia jak dla mnie, smakowego tradycjonalisty, zaskakujące.

Składniki:
  • 220g utartego kabaczka, 
  • 2 jajka,
  • 100g białego i brązowego cukru,
  • 130 g mąki,
  • 50g gorzkiego kakao,
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia,
  • 1 łyżeczka sody,
  • szczypta soli, cynamonu oraz gałki muszkatułowej,
  • 120 ml oliwy,
  • 60g czekolady mlecznej,
  • 60g czekolady gorzkiej 90%,
  • do polewy
  • tabliczka białej czekolady,
  • 100ml tj pół kubeczka śmietany 36%


Kabaczka ścieramy na tarce o grubych oczkach i odciskamy z niego wodę..(220g przed odciśnięciem..To tak na wszelki wypadek, bo ja miałam dylemat:).
 I tu całym sercem dziękuję darczyńcy powyższego urządzenia, za to, że starcie kabaczka zajęło mi 20sek. Za każdym razem zachwycam się tą maszyną i tym jak ogromnie przyczynia się do oszczędności czasu. Miki, kolejna 1/3 przepisu dedykowana jest Tobie.

W jednej większej misce ubijamy jajka z białym oraz brązowym cukrem.
 
W mniejszej łączymy składniki sypkie, mąkę, kakao, proszek do pieczenia, sodę, cynamon, sól i gałkę muszkatułową.

I tu pojawia się ostatnia dedykacja dla Domiśki i Mareczka, którzy to ze swoich światowych wojaży przywożą mi cudowności..Tu proszę widzimy moje największe skarby, korę drzewa cynamonowego oraz gałkę muszkatułową..Przywieziono mi to z  Zanzibaru...Czczę te cudowności za każdym razem jak sobie o nich przypomnę..Kochani Państwo S. ostatnia 1/3 dedykacji wędruje do Was.

To wszystko, powoli i wciąż mieszając przesypujemy do miski z jajkami, proponuję się nie przejmować faktem, iż robi się to tak gęste, że mikser już nie daje rady, bo....Teraz czas na dolanie oliwy i dołożenie kabaczka..Konsystencja ciasta zdecydowanie lepsza, nieprawdaż? Do masy dodajemy czekoladę mleczną i gorzką, wcześniej rozdrobnioną.
Mieszamy i przekładamy do formy wyłożonej pergaminem. Całość wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 170st na około godzinę,
Jeszcze polewa..Tę proponuję przygotować jak ciasto już się upiecze i nieco ostygnie.
Czekoladę białą rozpuszczamy w kąpieli wodnej i łączymy ze śmietaną...Polewamy ciasto...Zgodnie z inwencją twórczą..własną:)

Przepis pochodzi z Kuchni 10-2010, a jego twórcą jest Tomasz Skorupa, który między innymi prowadzi bloga weekendwkuchni.pl


Ps.
A tak w ogóle to dziś miały być kartacze...Takie pyszne, co mi się ostatnio za nimi strasznie tęskni. Zrobiłam...Owszem...Ale ciasto wyszło tak twarde, że można nimi wybijać okna..Ale nie poddam się, już kombinuję przepis..Inny..Sprawdzony...To była prawdziwa lekcja pokory..Na dowód, że nie oszukuję proszę..Kartacz jak żywy 


środa, 28 września 2011

Hippie

Bluzka Zara, spodnie Sandro, buty Marc JAcobs, torebka Asos, okulary Chanel 
 Dałam szansę tym szerokim spodniom i założyłam je na kolację z Narzeczonym. Podoba mi się ich wysoki stan i wykończenie przy pasku, wciąż natomiast nie do końca przekonuje  szerokość nogawki. Przypominają mi się czasy podstawówki, kiedy to "dzwony" były  hitem totalnym a ja słuchałam The Doors i nosiłam je z wielkimi tshirtami z podobizną Jima Morrisona i tryliardem rzemyków na nadgarstkach. Natomiast grzywka, której "nabawiłam" się podczas wizyty w Warszawie, całkiem fajnie zgrała się z tym strojem. 


wtorek, 27 września 2011

Placki z dyni


Uwielbiam sezon dyniowy i zawsze staram się wykorzystać go w 100%! Kiedy tylko na straganach pojawiły się pierwsze pomarańczowe piękności, od razu chwyciłam dwie z nich i już w drodze powrotnej wiedziałam dokładnie co z nich zrobię!  Postanowiłam wykorzystać TEN przepis niezawodnej Asi z Kwestii Smaku. 
Potrzebujemy:
  • 250g miąższu surowej dyni (ja pokroiłam dynię na plastry, obrałam je i usunęłam miąższ)
  • 100g serka - ja użyłam ricotty, ale może być też kozi lub camembert
  • sól 
  • 2 jajka
  • 3 łyżki mąki ziemniaczanej
  • oliva z oliwek
Przygotowanie:
Dynię ucieramy na tarce o małych oczkach, wkładamy do miski, dodajemy żółtka i drobno posiekany lub rozdrobniony ser, doprawiamy solą. Białka ubijamy na pianę, dodajemy do dyni razem z mąką ziemniaczaną i delikatnie łączymy wszystkie składniki łyżką. Rozgrzewamy patelnię z 2 łyżkami oliwy i nakładamy nieduże porcje masy, rozpłaszczając łyżką i smażymy placki na umiarkowanym ogniu przez około minutę z każdej strony lub do czasu aż będą ładnie zrumienione i nie będą już surowe w środku. 
Jeśli placki będą za mało zwięzłe (zależy to między innymi od soczystości dyni i użytego sera), można dodać więcej mąki ziemniaczanej. 
Ja dodałam ricotty, więc moje placki były naprawdę delikatne, ale chciałam podzielić się nimi z Viktorem, więc bardzo mi to odpowiadało. Dla podrasowania smaku pewnie lepiej sprawdzi się camembert lub ser kozi jak w oryginalnym przepisie. 
Masło szławiowe robię następująco - na patelnię wrzucam kilka liśći świeżej szłwii i dodaje masło, podgrzewam całość na wolnym ogniu i czekam chwilkę, aż masło przejdzie aromatem szałwii. 

SMACZNEGO! 
:-)

poniedziałek, 26 września 2011

7 rzeczy weekendowych

Jarzębina zawsze wzbudza u mnie nostalgię i przywołuje wspomnienia z dzieciństwa
Jesień! Cały weekend pławiliśmy się w jej rudościach, wciąż jeszcze cieplutkim słońcu, maszerowaliśmy po szeleszczących pod butami liściach i zbieraliśmy kasztany. Jest tak pięknie dookoła! W sobotę zrobiliśmy sobie wycieczkę do miasteczka Gy, niezwykle urokliwego miesjca, które obchodziło czterysetną rocznicę swojego istnienia. Było pyszne eko-jedzenie, piwo korzenne warzone na miejscu, chleb z mąki miejscowej produkcji i wino z regionu jeziora Genewskiego. Najfajniejsze jest to, że tu w tego typu uroczystości angażują się całe wioski, wszyscy mieszkańcy przebrani, klimat niesamowity i naprawdę można poczuć się jak po podróży w czasie. Mam nadzieję, że Wasz weekend był równie słoneczny i przyjemny. Bonne semaine (czyli naprawdę wspaniałego tygodnia!)!

Królewskie śniadanie z TEGO przepisu - cudownie kremowe, pyszne i uzależniające
Eko chlebki i klimatyczne dekoracje w Gy
Uroczy kościółek w Gy
Zabójca naszej domowej diety - chlebek bananowy z książki kucharskiej Sophie Dahl (która już 5 października będzie dostępna w wersji polskiej!), pieczony średnio co drugi dzień
Viktor zahipnotyzowany wyczynami jeźdźca
Jestem zakochana w tej torebce, która towarzyszyłą mi w sobotę