poniedziałek, 31 października 2011

7 rzeczy weekendowych

Wspaniała pogoda pozwoliła nam biesiadować na zewnątrz, w promieniach jesiennego słońca
Wreszcie znaleźliśmy odpowiednie mieszkanie i całą sobotę spędziliśmy na zapoznawaniu się z asortymentem sklepów z wystrojem wnętrz. Okazuje się, że jeśli nie planujemy kupować żadnych mebli, większość z tych prezentowanych na witrynach sklepowych wydaje się być znacznie bardziej atrakcyjna. Kiedy nadchodzi czas decyzji stajemy się okropnie wybredni i kręcimy nosem nawet na nieodpowiedni kształt poduszek na sofie. W niedzielę nadszedł jednak zasłużony odpoczynek i mogliśmy zrelaksować się na Quince Festival, czyli Festiwalu Pigwy, który urządziła moja brytyjska koleżanka. Z racji posiadania całego drzewka pigwowego w ogrodzie, postanowiła ona spożytkować to, co na nim rośnie i uraczyła nas syropem z piwy dodanym do szampana, kurczakiem pieczonym z pigwą oraz pigwowo-jabłkowym crumble. Mimo monotonnie brzmiącego menu, to niedzielne popołudnie było naprawdę wyborne i oprócz dużej dawki witaminy C, z której pigwa słynie, wniosło dużo pozytywnej energii i inpiracji na nadchodzący tydzień. Aby był on równie pozytywny i bogaty w wit. C dla Was!
Wnętrza, które podsuwają nowe pomysły na urządzenie naszego mieszkania
Festiwal Pigwy zaczeliśmy od pysznego apéritif
Pigwowo-jabłkowy crumble
Zamiast obrazu? Czemu nie!
Viktor odkrywa przy Inie swoje pierwsze opiekuńcze odruchy, obserwując ich,  umieraliśmy ze śmiechu
 Santé!

piątek, 28 października 2011

Karaiby północy

Pomimo, że należy do Europy, Islandia mogłaby równie dobrze przynależeć do Ameryki Północnej. Położona w połowie drogi między tymi kontynentami, zamieszkana przez ok.335 tys. ludzi i o powierzchni ok 103 tys.km.2 (powierzchni stale przybywa, bo jak im tylko gdzieś potrzeba troszkę wiecej lądu, to odpalają jeden z licznych wulkanów i sprawa załatwiona). Ta wyspa jest prawdziwym kuferkiem niespodzianek. Zaraz po wylądowaniu, nie wiadomo dlaczego, zaczyna świtać nam myśl, że coś tu jest nie tak. I rzeczywiście, Islandia z bardzo małymi wyjątkami, które głównie zdarzają się w miastach i ich okolicach, jest całkowicie pozbawiona drzew, o lasach juz nie wspomnę. Do takiego stopnia, że gdybyśmy postawili gdzieś na otwartej przestrzeni cały tryb pigmejow, to wyglądaliby oni jak dorodny las amerykanskich sekwoi. Fakt ten nie ujmuje absolutnie niczego fantastycznym krajobrazom. Olbrzymie połacie terenu pokryte różnymi rodzajami traw, mchów i bardzo niskimi, przytulonymi do ziemii wiatrami oraz krzakami w jesiennych kolorach. Gigantyczne lodowce zasilające bystre nurty rzek, jeziora, góry i oczywiście słynne gejzery  wytryskujące goracą wodne na wcale niemałą wysokość.
 w dolinie Pingvellir
kościół w Pingvallakirkjá
w drodze do portu w Reykjaviku
Stori Geysir (Wielki Gejzer) tuż przed....
... i w trakcie wyrzutu wody (20 - 30m.)
wodospad Gullfoss...
...znany także jako "Złoty wodospad" na rzece Hvita (32m.)
Stolicą Islandii jest Reykjavik, usytuowany na płołudniowym wschodzie kraju, w którym zamieszkuje 1/3 mieszkanców kraju. Miasto jest nowoczesne, zadbane, czyste i zaskakuje nas niezwykle bujnym życiem ulicznym i towarzyskim. Islandczycy przywyczajeni do surowego klimatu, wykorzystują każdy promień słońca, aby wyjść na ulice, wypić kawę, zjeść ciastko czy napić się piwa (piwo jest dobre i przyzwoitej wielkość – na miarę wikingów). Ulice, szczególnie w części centralnej miasta, pełne są rozmaitego rodzaju barów, kafejek i restauracji, większość z nich ma ogródki. Często można spotkać ludzi ubranych w kurtki, grube swetry i inne ciepłe stroje, siedzących właśnie przy stoliach na zewnątrz.
jedna z wielu kafejek z ogródkami
park przy jeziorze Tjörnin, największy w mieście
jedna z uliczek Reykjaviku
Islandczycy są narodem ludzi wesołych, znacznie weselszych, niż  mieszkańcy innych krajów położonych na tych samych szerokościach geograficznych. Wszyscy, oprócz języka ojczystego, władają płynną angielszczyzną ( raz jeszcze porwierdza się reguła, że w dzisiejszych czasach znajomość angielskiego jest nieodzowna i polecam gorąco naukę tego języka, chociażby w jego podstawowej formie).
Reykiavik jest zdominowany przez piękny budynek nowej katedry protestanckiej Hallgrimskirkja. Nowoczesna w kształcie świątynia, która przypomina wahadłowiec kosmiczny z NASA i która w miare, jak przesuwa się słońce, wygląda inaczej w zależności od kąta padania promieni.
katedra Hallgrimskirkja
Port w Reykjaviku jest następnym ciekawym punktem miasta, do którego warto zajrzeć. Islandia żyje z morza  i to morze jest  źródłem jej głównych przychódow. Ryby i wszelkiego rodzaju owoce morza są najwyższej jakości a ich połów jest zawsze obfity.  Bylo to bardzo ciekawe, przynajmniej dla mnie, móc podejrzeć ciągłe zamieszanie panujące w porcie, wpływające i wypływające kutry, rozładunek świeżych połowów, reperację sieci, czy ciągły ruch samochodow dostawczych, dowożących lód  (lód w Islandii….chyba po to, żeby sie poczuli, że są jakąś dryfującą wyspą karaibską), zaopatrzenie dla statków. Co odróżnia ten port od innych, to możliwość wypłynięcia  jednym z wielu statków i łodzi na spotkanie z wielorybami, delfinami, fokami i całą plejadą różnych ptaków morskich. Oczywiście,  na każdym ze statków jest specjalista, który wszystko skrzętnie tłumaczy i opowiada, a oprócz tego jest też na mostku obserwator, który pomaga nam odnaleźć nawet najmniejszy ślad któregos ze zwierząt.
Po takiej wyprawie, zapewniam wszystkich, będziecie super dyplomowanymi ekspertami od…zegarka. Obserwator nie mowi nam, że np. “…po lewej stronie troszkę tak na ukos widać delfiny”,  tylko wrzeszczy do nas “”delfiny na 15.20!!!” Oczywiście na początku niektórzy mają troszkę kłopotów z tymi  godzinami i zamiast na tą 15.20, polecą na 15.40, a tam nic nie ma. Jednak po kilku razach wszyscy już doskonale wiedzą, gdzie mają być i o której godzinie. Przyznaje, że spotkanie z delfinami czy wielorybem jest to naprawdę bardzo emocjonujące (ten ostani w moim przypadku był trochę daleko). I nawet jeśli nie mogliśmy zobaczyć jakiegoś wieloryba z bardzo bliska, to powrót do portu, szczególnie popołudniem, rekompensuje  to, możemy bowiem podziwiać piękną panoramę wybrzeża i Reykjaviku. 
port w Reykjaviku - stąd wypływają statki obserwacyjne  w poszukiwaniu waleni...
...a to jeden z nich
...i znajdują...
...czasami z bardzo bliska...
...a nawet jeśli sie nie uda to zawsze pozostaja piekne widoki...
..i niesamowite pejzaże
Inną ciekawostką jest prawie całkowity brak zanieczyszczenia powietrza (na początku nasze płuca nie wiedzą o co chodzi). Z wyjątkiem samochodow,  nie używa się w Islandii absolutnie żadnego paliwa pochodzenia mineralnego. Cała enregia pochodzi ze źródeł termicznych i z hydroelektrowni. Jedynym mankamentem jest to, że w bliskich okolicach elektrowni termicznej “pachnie” trochę siarką lub zepsutym jajkiem, jak kto woli, ale za to energía elektryczna, ogrzewanie i ciepła woda sa bardzo tanie.    
fabryka energii termicznej
Mimo chłodnego klimatu islandczycy lubią spedzac czas na swieżym powietrzu. W tym celu używają samochodów todoterenowych na olbrzymich kołach, którymi mogą dojechać do miejsc, do których inaczej nie dałoby się dotrzeć. Tam właśnie można podziwiać przepiękne widoki i nienaruszoną przez człowieka przyrodę. W Islandii znajduje się jedyny widoczny fragment uskoku tektonicznego,  dzielącego Europę od Ameryki i widząc go i przysluchujac się wyjaśnieniom przewodnika, nie możemy ukryć zachwytu i cieszyć sie z możliwości bycia w tak niezwykłym miejscu..
jezioro Pingvallavatn (na dole po prawej stronie fragment uskoku tektonicznego)
najlepszy okres do podrózy - od maja do końca lipca (na zdjeciu godz. 01.30)
absolutny spokój, czyste powietrze, cisza i słońce o północy  
Reasumując: bardzo interesujący i inny od wszystkich kraj, przede wszystkim dla miłośnikow, przyrody i natury, którym nie przeszkadza rześki klimat. W zamian za to będziecie mogli doświadczyć krystalicznie czystego i świeżego powietrza, niesamowitych gejzerów,  źródeł termicznych, wulkanów, rzek i jezior w nieskalanym stanie, a przy okazji poobcować z sympatycznymi mieszkańcami tego jakże odmiennego kraju. 
P.S. Dla tych, którzy maja chęć zobaczyć zdjęcia w większym wymiarze proszę kliknąć w zdjęcie a jeśli jeszcze jest Wam mało to naciśnijcie klawisz F11

czwartek, 27 października 2011

Barcelona piłką stoi...ale czy tylko?


 Barcelona jest przepiękna. Pełna cudownych uliczek, przy których dumnie prezentują się wspaniałe kamienice, których niekiedy widok zapiera dech w piersiach. Uliczki te dodatkowo upstrzone są kawiarenkami, piekarenkami, sklepiczkami, w których prawie zawsze można znaleźć gdzieś w kącie wciśnięty stoliczek po to, aby przysiąść na chwilę i napić się dobrej aromatycznej kawy.
Gaudi..Oczywiście zachwycający niezwykłą wyobraźnią i perfekcyjną inżynierią.
 Mecz FC Barcelony niezapomniany. Totalnie zaangażowałam się w kibicowanie i z wypiekami na twarzy darłam się w niebogłosy wraz ze stutysięcznym tłumem.
Wizyta w sklepie FCBotiga Megastore gdzie można kupić wszelkie gadżety drużyny, dość zaskakująca. Pierwszy raz w życiu widziałam mężczyzn w zakupowej gorączce oraz siebie, siedzącą gdzieś z boku i mówiącą do siebie w myślach…kiedy to się skończy…
 Wszystko to oczywiście super, rewelacja, ale od podróży mamy tu Sławka, więc ja w paradę wchodzić mu nie będę, a poza tym nie to wspominam z rozrzewnieniem…
Poryw serca w Barcelonie, wręcz wyryw bym powiedziała poczułam po wejściu do tego miejsca St. Joseph's Market.
 Niczym Mary Lennox weszłam na teren Tajemniczego Ogrodu…i zamarłam, nogi się pode mną ugięły, umysł zwolnił, wzrok wyostrzył tylko po to żeby ogarnąć wszystko naraz. Żeby uwierzyć w to, co widzę…a moim oczom ukazał się bazar…co ja mówię..Miasteczko składające się z mnóstwa stoisk, witryn, wózków, stołów. A tam cuda, cudeńka.
Misternie i pieczołowicie poukładane przez sprzedawców owoce, warzywa, ze swego rodzaju namaszczeniem traktujących to, co mają do zaoferowania.
Pomidory…och bardzo proszę, obecnie mamy 20 różnych rodzajów.
 Krewetki, małe, duże, średnie, różowe, szare, z ikrą lub bez..A może przy okazji jeszcze kraba (świeży, jeszcze się rusza) a może langustę, co łypie swoim okiem?
 Zwiedzanie rozpoczęłam od zakupienia rożka z hiszpańską szynką na przegryzkę (prosty sposób, jak dodatkowo zarobić na reszteczkach niemożliwych do skrojenia).
 Im dalej w głąb tym bardziej kręciło mi się w głowie, niczym na meczu tenisa latała mi to w prawo to w lewo.
Jest tam po prostu wszystko!! Zaczynam od rzeczy prostych i flagowych..Choć i tak robiących takie wrażenie, że szczękę notorycznie zbierałam z podłogi..
 
Szynki, podwieszone pod sufitem, pachnące słodko i kusząco, piękne i pyyyyyszne. Idziemy dalej, oliwy, rzecz powszednia, ale i tak cieszy oko, owoce morza, ryby wszelkiej maści, koloru, wielkości…Piękne…Owoce, kolorowo uśmiechające się ze skrzynek, niektóre w wersji take away…zapakowane z widelczykiem, gotowe do wzięcia w łapkę na dalszą podróż. 
 
 Warzywa, coś niezwykłego, poukładane w stosach, w dziesiątkach różnych odmian od ziemniaka do karczocha, poprzez groszek cukrowy na rukolach, endywiach, roszponkach kończąc.
 
Czekoladki, owoce kandyzowane, orzechy…wszystko pachnące kusząco, słodko i ni jak niewspomagająco tych, co obecnie na diecie.
 
 
 Mięsa, z takich części, które oglądałam wyłącznie w mojej książce „Kuchnia. Produkty spożywcze z czterech stron świata” (zdjęcia w tym przypadku są mało twarzowe, więc tę wizualizację ominę)
Grzyby…po ilości różnych stwierdzam, że jestem grzybowym ignorantem. 
Nawet jajka mają swoją witrynę :)
 No i wina…boskie, katalońskie wina.
Dodatkowo uspokoiłam nieco swoje myśli o zbyt obsesyjnej mojej miłości do jedzenia…gdyż na owym bazarze, niezwykle trudno jest się poruszać, ze względu na ogromną ilość turystów, którzy nadciągają tu z całego świata…cóż się im dziwić…w 2009 roku, Forbes umieścił Barcelonę na piątym miejscu, najlepszych miast na świecie gdzie można dobrze zjeść. tu można o tym poczytać

Już prawie kończę..Wspomnę jeszcze o tym, co będzie za tydzień, a będzie jak zwykle o jedzeniu, tym razem okraszonym szaleństwem..Będzie o krewetkach i o moim pierwszym w życiu underground restaurant…Zapraszam kochani i przesyłam ucałowania.

Ps. Jeszcze mi się o soczkach przypomniało, takie…po eurasku, smaki jak widać na zdjęciu, we wszystkich możliwych konfiguracjach…piłam żeby nieco ostudzić swoje emocje.