środa, 23 maja 2012

7 rzeczy weekendowych

Mont Blanc na horyzoncie, królujący nad pozostałymi scczytami i prawdziwie zachwycający 
Nie mogliśmy dojść do siebie po Belgradzie. Ilość jedzenia, intensywność spotkań, szczególnie tych rodzinnych, niewiele snu i upał sprawiły, że po czterech dniach, które miały być odpoczynkiem, potrzebowaliśmy jeszcze dwóch po powrocie, żeby wrócić do formy. Ciekawie odwiedzało się miejsca, tak dobrze znane i bliskie, a jednocześnie już nie moje zupełnie. Inaczej jest w Belgradzie, w którym nie musze niczego robić  i lubić na siłę, wiedząc, że moja rzeczywistość jest gdzie indziej. Z ciężkim sercem muszę też przyznać, że burki, pjeskavice, cevepcici i inne bałkańskie smakołyki nie są już dobrze tolerowane przez mój żołądek, rozpieszczony przez ostatni rok delikatnijszym jedzeniem z metką bio. Mimo wszystko fajnie jest wyjechać, przewietrzyć głowę i zmienić na chwilę otoczenie, wracając do wspomnień i miejsc, które stanowią ważną część mojego życia. Dziś z powodu opóźnienia dwa posty. W Polsce jest dużo piękniejsza pogoda niż u nas, korzystajcie ze słońca. Zazdroszczę!

Karadjordjeva, czyli Iguana, Frida i Comunale w starych budynkach przyportowych i wciąż najmodniejsze miejsce "to be" Belgradu
Wytęskniony Sticky Date Pudding w Iguanie
Belgrade Night Out w nieco paryskim klimacie
Jedna z niewielu dwujęzycznych tablic. Zanim nauczyłam się cyrylicy i zdarzało mi się pomylić drogę, dzwoniłam do Narzeczonego po pomoc. Na pytanie na jakiej ulicy jesteś była tylko jedna odpowiedź :yyyy........ 
Muzeum lotnictwa, czyli raj dla Viktora
Ciepłe wieczory pozwalały na noszenie ulubionych rzeczy, bez zakrywania ich kurtkami, sweterkami i innymi. Tu ukochana bluzka od Violi

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz