piątek, 25 maja 2012

Route 66 - cz.I (Chicago - Springfield)


                                           Wszyscy mamy jakieś ukryte marzenia. Większość moich jest związana z podróżami i muszę się przyznać, że mam ich sporo. Są jednak te, które zajmują pierwsze miejsca na tej liście. Wśród nich, na jednym z czołowych miejsc znajdowała się podróż po Stanach Zjednoczonych samochodem, śladami legendarnej Ruty 66, z Chicago do Los Angeles. Kilka tygodni temu udało mi się spełnić to marzenie. 18 dni w towarzystwie dwóch przyjaciół (podkreślam słowo przyjaciół, bo naprawdę wytrzymać ze mną tyle dni, 24 godziny na dobę, to nie lada sztuka, a więc publicznie dziękuje Jorge i Pablo). Podróz była niesamowita, tym bardziej, że wszystko szło jak po maśle i nie mieliśmy żadnych kłopotów wartych wspomnienia. Cała wyprawa, hotele, samochód, miejsca warte zwiedzenia etc. były z góry zaplanowane, łącznie z czasem na spontaniczne decyzje. Dużą “winę” za tak dobrą podróż ponoszą amerykanie. Trzeba przyznać, że są uprzejmi, sympatyczni, pomocni, wkładający sporo wysiłku, aby zrozumieć nasz “angielski” i dzentelmeńscy za kierownicą. Jak to zwykle bywa, zdarzają się naprawdę małe wyjątki i są rzeczy i sytuacje, które mogą się nam wydawać dziwne, ale łatwo nad tym przejść do porządku dziennego, ponieważ regóły są te same dla wszystkich i na dodatek wszyscy ch przestrzegają. Następne posty będą zadedykowane słynnej Route 66 i Stanom przez które wiedzie, tak, więc będziecie się musieli uzbroię trochę w cierpliwość. W końcu przemierzyliśmy 5700 km., odwiedzając dziesiątki miast, wiosek i osad, od niesamowitego Las Vegas do wiosek opuszczonych wzdłuż 66, robiąc przy okazji ponad 4000 zdjęc. Na koniec może tylko jedna rekomendacja dla tych, którzy być może rozważają taką wyprawę – trzeba ją przygotować z dużym wyprzedzeniem i mam tu na myśli wiele tygodni. Ja zacząłem ponad 8 miesięcy od dnia wyjazdu. A teraz zapraszam Was do mitycznej, fantastycznej, owianej historią i melancholją, jedynej i niepowtarzalnej ROUTE 66.

Droga 66 - Matka Wszystkich Dróg

                                        W końcu nadszedł moment, na który czekaliśmy – odbiór wynajętego samochodu (nowiutki Jeep Liberty), ładowanie bagaży i w drogę na spotkanie z 66. Pierwszy etap wiódł z Chicago do Springfield (prawda, że brzmi znajomo? pamiętacie Homera Simpsona?). Warto wyjaśnić, że chodzi o Springfield w stanie Illinois, ponieważ w Stanach jest ponad 100 miejscowości o tej nazwie i dlatego właśnie została ona wybrana przez twórców popularnej serii jako miejsce akcji - żeby nikt nie wiedział o które Springfield chodzi. . Przed wyjazdem zaopatrzyliśmy się w GPS-a i w ostatnią edycję map USA dla ułatwienia podróży i trzeba przyznac, że było to bardzo dobre posunięcie. Jedna rada – warto zapoznać się z zasadami działania GPS-a zanim wsiądzie się do samochodu, zaoszczędza się sporo nerwów, sprzeczek i straty czasu, który to jest najcenniejszaą częscią wyjazu. My w koncu też nauczyliśmy się  jego działania, co prawda po kilku dniach i musielśmy niestety stracic troche czasu kosztem odpoczynku, dlaczego - sami domyślacie. Pierwsza niespodzianka spotkała nas na samym początku, chcieliśmy oczywiście wystartować z punktu “0” orginalnej ruty. Znaleźliśmy charakterystyczny  znak ruty dokładnie w punkcie, gdzie powinien sie znajdowaę, tyle, że jak byk było tam napisane “END”.

nasz "towarzysz" podróży
tu się zaczyna Ruta...
...mimo, że napisane jest END                                     
                                      Nikt nie potrafił nam tego wyjasnić, tak więc zaczęliśmy od początku, który nazywał się “koniec”  z nadzieją, że a końcu będzie….koniec. Już po kilku kilometrach zauważyliśmy zupełny brak “agresji” amerykańskich kierowców. Uprzejmi, bez problemów pozwaląjacy zmienić pas, wyprzedzić, zjechać czy wjechać na główną drogę, z uśmiechem traktując małe “przewinienia”. Może ich nie uczą gdzie jest klakson i jak działa? Tak więc bez większego kłopotu, oprócz tego związanego z “wystartowaniem” Toma Toma, wyruszyliśmy z Chicago autostradą międzystanową I55, która towarzyszyła nam aż do Saint Louis. Przy pierwszej okazji zjechaliśmy jednak na autentyczną część R66, która jest praktycznie równoległa do I55. Pierwszy przystanek zrobiliśmy w miejscowosci Gardner, małym 1,5 tysięcznym  miasteczku w odległości ok. 125 km od Chicago. Spokojne, sympatyczne i wypieszczone. Naszą uwagę zwrócił mały, drewniany koścół pomalowany niezkazitelnie na biało. Zatrzymaliśmy się, żeby zrobić kilka zdjęć i za chwilkę z jednego z domów wyszła strasza pani, pytąjac czy fotografujemy coś w szczególności. Kiedy powiedzieliśmy, że interesuje nas wszystko, zaczęła nam tłumaczyć, co jest najbardziej interesujące w miasteczku, gdzie, jak tam dojechać, a kiedy jeszcze nie dokończyła, z domu obok wyszedł pastor kościoła pytając, czy może chcemy wejść do środka, to by nam otworzył. Pierwszy kontakt z ludźmi w miasteczkach nie mógł być lepszy. Podjechaliśmy do małego więzienia, o którym nam wspomniała starsza pani. I małe to ono było, 2 zakratowane cele, stolik i krzesło strażnika, to wszystko. Całość miała nie więcej niż 7-8-m², a wszystko to z początku XXw.   Ruszyliśmy dalej. Jak później mogliśmy sprawdzić, Ruta 66 jest świetnie oznakowana we wszystkich  miejscowościach przez które przebiega.

Kościół w Gardner
wygląda jak domek dla lalek...
...ale to jest więzienie
stary tramwaj, dzisiaj kawiarenka- odrestaurowany i podarowany przez miejscową rodzinę
jak widać, ruta jest oznakowana
                                        Następny postój zaplanowany był w 4 tysięcznej miejscowości Gardner, gdzie zobaczyliśmy pierwszą (później było ich sporo) starą stację benzynową. Świetnie utrzymana Ambler’s Texaco Gas Station, stacja kolejowa i  jeden z trzech budynków bankowych zaprojektowanych przez słynnego architekta Franka Lloyd Wrighta były atrakcyjnymi punktami miasta. 

stacja benzynowa w Dwight
                                          Dalej, po kilku kilometrach, w miejscowości Odell, zatrzymaliśmy się przy prawdziwej perełce, starej stacji benzynowej Standard Oil Gasoline Station z 1932r. Pomalowana na biało – niebiesko z czerwonym dystrybutorem, zapraszała do zdjęcia. Warto dodać, że stacje tego typu nie działają, są katalogowane, utrzymywane przez Zrzeszenie Przyjaciół Ruty 66 i  oznakowane jako atrakcja przydrożna. 

dlaczego dzisiaj takich nie ma?
Odell - stacja benzynowa Standard Oil Co.- oznakowana jako atrakcja przydrozna

                                            Stamtąd wyruszyliśmy w Kierunku miasta Pontiac (12 tys.). To wlaśnie jego nazwa dumnie widnieje na maskach słynnych samochodów produkowanych przez General Motors. Wjeżdżając do miasta, nie sposób pominąć Muzeum Ruty 66. Świetnie utrzymane, z dużą ilością eksponatów i  pamiątek związanych z Rutą, a także z punktem informacyjnym dla podróżujących tą trasą.

muzeum Ruty 66 - Pontiac
                                           W mieście są jeszcze 3 inne muzea: Malarstwa Ściennego, Wojny i Samochodowe, wszystkie bardzo ciekawe a wstęp do nich jest darmowy. Całe Pontiac udekorowane jest pięknymi ściennymi malowidłami. Jest ich setki a każde warte obejrzenia. To oczywiście zmusiło nas do wyciągnięcia aparatów i przemierzenia miasta w celu uwiecznienia tych arcydzieł. Przy jednym z nich podszedł do nas mężczyzna, który okazał się być prezydentem miasta. Był ze swoim synem (chłopak swoją budową do złudzenia przypominał Hulka) i z autentyczną przyjemnoscią i wielką cierpliwością opowiedział nam o mieście Pontiac, o tym, gdzie warto pójść, co zobaczyć, gdzie zjeść i wszystko to nie będąc w czasie żadnej kampanii wyborczej, bez fotografów, bez kamer,dla trzech obcokrajowców, których w życiu wiecej nie zobaczy. Na myśl nasunęły mi sie natychmiast sylwetki niektórych naszych polityków w swoich ciemnooszklonych samochodach “pancernych”, z chmarą ochroniarzy w ciemnych okularach….niedostępni. 

Murale ścienne w Pontiac
Pontiac z 1929 roku w Muzeum Samochodowym w ...Pontiac
jeden z trzech pojazdów Roberta Waldmire'a, autentycznej legendy R 66
artysta, bohemy, który praktycznie żył na Route 66
                                                Po wizycie w Pontiac wyruszyliśmy w kierunku Springfield, stolicy stanu Illinois od 1837 roku, którą zamieszkuje ok 110 tys. osób. To właśnie tu, w 1929 roku, osiedlił się jeden z najsławniejszych i najważniejszych prezydentów w historii Stanów Zjednoczonych – Abraham Lincoln. Do dzisiaj zachowuje się tutaj, w naprawdę świetnie zachowanej dzielnicy z tamtych czasów, dom prezydenta, który można zwiedzić (wstęp wolny). Warto też obejrzeć budynek Kapitolu i cmentarz Oak Rigde, gdzie w mauzoleum pochowany jest własnie sam Abraham Lincoln i jego rodzina. Pierwszy etap podróży mieliśmy za sobą. Nastepny: Springfield  - Saint Louis.

ul. Washington St. - Springfield
Kapitolio w Springfield
tak wygląda dzielnica, w której mieszkał Abraham Lincoln 
wszystko świetnie utrzymane...
...dokładnie tak, jak ponad 160 lat temu...
...oczywiście wstęp darmowy
dom Abrahama Lincoln'a

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz