piątek, 20 lipca 2012

Route 66 - cz.V (Oklahoma City - Amarillo)


                                         W drogę do Teksasu, gdzie wszystko jest naj: największe, najwyższe, najcięższe, najgrubsze, najważniejsze, naj…teksańskie. Jeszcze w stanie Oklahoma, pół godziny drogi od Oklahoma City (cóż za nudne miasto!!!) Zatrzymaliśmy się w Forcie Reno. Został zbudowany w 1875r. w celu ochrony 5 najmniej agresywnych szczepów indian – Cherokee, Chiksaw, Choctaw, Creek i Seminole. Wszystkie z nich miały dobre stosunki sąsiedzkie z miejscowymi osadnikami, od których przejęli też wiele zwyczajów i tradycji. Do 1949r. fort przynależał do Kawalerii Stanów Zjednoczonych, a na dzień dzisiejszy jest częścią departamentu rolnictwa i działa, jako laboratorium do spraw badań i rozwoju pastwisk. Jako ciekawostkę warto zaznaczyć, że był używany w czasie II wojny światowej, jako obóz dla niemieckich więźniów wojennych. Kompleks jest w dobrym stanie, posiada interesujące muzeum i warty jest zwiedzenia. 

wiernie trzymamy się autentycznej Route 66
typowa farma amerykańska...
...i typowy amerykański pick-up
Fort Reno - budynek oficerski
Fort Reno - kwaterunek żołnierzy
                                        Pół godziny później, zatrzymaliśmy się w Bridgeport, małej, nie tak dawno opuszczonej osadzie, w której gdyby z któregoś z budynków nagle wyszła jakaś zjawa to byłaby ona bardzo na miejscu. Oprócz kościoła, który wydaje się być używany od czasu do czasu reszta osady jest pusta; domy z brudnymi i powybijanymi szybami, opuszczone rowery, stare samochody, furgonetki porośnięte chaszczami i… ani jednej żywej duszy. Znakomite miejsce na nakręcenie jakiegoś dreszczowca jak i na zrobienie ciekawych zdjęć z zaskakującymi motywami. 
Bridgeport - miasto widmo
kościół wydaje się być używany od czasu do czasu
opuszczone domy
można by tu nagrać jakiegoś dreszczowca
                                       Zanim jeszcze przekroczyliśmy granicę Teksasu zatrzymaliśmy się w mieście Elk. Tam odwiedziliśmy piękne muzeum Drogi 66. Fantastyczne jest chyba odpowiednim słowem do jego opisania. Wszystko jest zachowane w świetnym stanie. W skład muzeum wchodzą całe budynki, domy mieszkalne, stacja kolejowa, poczta, budynek z dumną nazwą “Opera”, gabinet dentystyczny, różnego rodzaju warsztaty, stacja benzynowa i cała masa przedmiotów i narzędzi, które zostały podarowane przez mieszkańców miasta i jego okolic. Szczerze powiedziawszy, jak do tej pory była to jedna z najciekawszych i najładniejszych ekspozycji, jakie zwiedziliśmy. Po ponad 2 godzinnej wizycie, wyruszyliśmy w dalszą drogę. Tablica Welcome to Texas przywitała nas po niewielu kilometrach. 
Elk - muzeum Drogi 66
stacja benzynowa z lat 50-tych
te pompy były zdecydowanie ładniejsze od dzisiejszych
oczywiście nie mogło zabraknąć klasyka z tamtych lat (Lincoln)
budynek poczty i opery
oryginalna stacja kolejowa w Elk
Welcome to Texas
                                        I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zaczęło się wszystko naj…najwięcej ciężarówek i największe, najdłuższe odcinki prostej drogi, odnosi się wrażenie, że projektant dróg nie miał żadnego innego przyrządu kreślarskiego jak linijka i ołówek i na pewno jedno jak i drugie były naj…większe. Niekończące się proste odcinki drogi przerwane od czasu do czasu jakimś małym wzgórkiem towarzyszyły nam cały czas. Na drodze zaczęliśmy spotykać coraz częściej coś, co już widzieliśmy wcześniej, ale nie tak często jak teraz: olbrzymie autobusy – kamperovany. Wyposażone jak autentyczne domki jednorodzinne we wszelkiego rodzaju wygody. Dodatkowo na postoju wysuwają boczne ściany i zamieniają się w salon o powierzchni 15m², nie licząc sypialni, kuchni, łazienki i całkiem sporego schowka na żywność. Ale to jeszcze nie wszystko, dodatkowo holują dużego vana, na którego platformie jest jeszcze albo quad, albo motor wodny albo inny Harley-Davidson. Wygląda to niesamowicie. Powiedziano nam, że niektórzy żyją w ten sposób, przemieszczając się z miejsca na miejsce w poszukiwaniu lepszej pracy, inni przeważnie emeryci, posprzedawali swoje domy i przemierzają kraj z jednego końca na drugi, z północy na południe i ze wschodu na zachód, poznając każdy zakątek swojej ojczyzny, jeszcze inni w ten sposób spędzają wakacje. Jasne, przy takich cenach benzyny (ponad 50% taniej i zarobkach 4-5 krotnie większych) ja też bym tak mógł… Jeśli dodamy do tego: jakość dróg, wyposażenie miejsc parkingowych i kampingów i łatwość z jaką można się poruszać w ten sposób, nie dziwię się, że aż tyle ludzi właśnie w ten sposób spędza swoje życie. 

Shamrock - typowa wieża ciśnień, jakich wiele można spotkać po drodze
nie ma po co pytać o drogę, zawsze prosto...
wszechobecne ciężarówki
autentyczne domy na kołach
                                     W końcu dotarliśmy do Amarillo. Ciekawe miasto. Główna ulica o długości ok. 25 km. jest częścią autostrady międzystanowej I40. Po obydwu jej stronach pełno jest wszelkiego rodzaju sklepów, zakładów usługowych, barów, restauracji, kościołów, ale nie ma domów mieszkalnych. Dzielnice mieszkaniowe są oddalone od głównej ulicy. Również oddalone jest centrum administracyjne miasta. Życie w Amarillo biegnie wzdłuż i dookoła I40. Natychmiast po pozostawieniu bagażu w hotelu wyruszyliśmy w kierunku wąwozu Canyon de Palo Duro oddalonego o około 50 km od miasta. W Teksasie oczywiście wąwóz musiał być duży - i taki jest. Drugi największy w USA zaraz po Grand Canyon. Ponad 193 kilometry długości, 10 kilometrowej szerokości i głębokości dochodzącej do ponad 300 metrów. Prawdziwy olbrzym. Tu właśnie zacząłem sobie wyobrażać, jaki może być jego większy brat w Arizonie. Wąwóz posiada wiele różnokolorowych warstw kamiennych, które można było łatwo rozróżnić pomimo pochmurnego dnia i nie najlepszego światła. Wiele ciekawych formacji kamiennych jak np. Lighthouse (Latarnia morska) czy Spanish Skirt (hiszpańska spódnica) jest naprawdę niesamowitych. Po drodze natknęliśmy się na autentycznego, żywego amerykańskiego bizona, pasącego się spokojnie blisko drogi, który obdarzył nas znudzonym spojrzeniem, ignorując nas przy tym zupełnie. Całe szczęście. 

wąwóz Palo Duro
hiszpańska spódnica
bizon amerykański

                                     Pozostało nam jeszcze jedno, zwiedzić jedno z najbardziej kuriozalnych i najsławniejszych miejsc związanych z Drogą 66, miejsce, na które czekaliśmy z niecierpliwością: Cadillac Ranch. Jest ono autentyczną ikoną trasy. Dla wielu najbardziej znanych artystów takich jak Bruce Springsteen, John Stewart, Chris Ledoux, Family Force 5 Band i innych, to miejsce było źródłem natchnienia, któremu zadedykowali wiele utworów. Cadillac Ranch było i jest używane w wielu reklamach, filmach, serialach itp. A czym jest Cadillac Ranch? Postaram się to w dużym skrócie wyjaśnić. Miejscowy milioner, niejaki Stanley Marsh III, znany mecenas sztuki i kultury zakontraktował w 1974 roku u trzech artystów. Dougha Michelsa, Chipa Lorda i Hudsona Marqueza dzieło. Te miało spełniać warunek bycia otwartego dla publiczności. Tym przyszedł do głowy pomysł wkopania w ziemie 10 ewolucji legendarnego samochodu Cadillac, który zawsze był marzeniem każdego amerykanina. Zrobili to w dodatku wkopując je pod takim samym kątem jak słynna piramida egipska w Gizeh. Były to charakterystyczne “skrzydlate” modele wyprodukowane między 1949 i 1963 rokiem. Ranczo jest widoczne z drogi i wstęp jest bezpłatny mimo tego, że znajduje się na prywatnym terenie. Graffitis nie tylko, że są dozwolone, są wręcz rekomendowane, tak że warto kupić farbę w sprayu i wyzwolić z siebie żyłkę artysty. Możecie sobie wyobrazić jak kolorowe i wesołe są te samochody. Co jakiś czas malują je na jednolity kolor (różowy, ulubiony kolor żony Stanleya, czarny ku czci zmarłego Doigha Michelsa jednego z twórców, biały w celu nagrania reklamy, szary, bo jest zachmurzony dzień itp.) a później znowu wizytujący to miejsce ludzie dają upust swojej wyobraźni. Niespotykane miejsce. Tak samo jak zimno, które tam panowało w trzecim tygodniu marca. Ponieważ jest to wielka bezdrzewna równina, płaska jak stół, bez żadnych wzgórz, wiatry są bardzo silne, na dodatek tego dnia temperatura była poniżej -5ºC wydawało się, że jesteśmy gdzieś w okolicach Syberii albo, co najmniej Suwałk. Skostniałe palce rąk utrudniały niesamowicie wszelkie manipulacje przy aparacie fotograficznym, co sprawiało, że trzeba było poświęcić więcej czasu na każde zdjęcie i w rezultacie zimno stawało się coraz bardziej przeraźliwe, także każde zdjęcie jest sukcesem niezależnie od jego jakości. Nagrodą za to była kolacja w jednej ze znanych w tamtych stronach restauracji. Miałem pomysł, aby zjeść ją w restauracji Big Texan, gdzie można wyzwać restauracje na pojedynek i mieć gratisową kolację. Wystarczy zjeść 2,1 kilogramowego steka (bez kości i bez tłuszczu), sałatę, bułkę, ciastko deserowe, i wypić jakiś napój gazowany w przeciągu 1 godziny. Na moje nieszczęście, moi towarzysze podroży nagle zaczęli dbać o moje zdrowie, wagę … bla, bla, bla, zwyczajnie stchórzyli. Mimo tego zjedliśmy przyzwoitego rozmiaru steki w innej restauracji i bez większego problemu, popijając je obficie piwem. Teraz juz na 100% byliśmy w Teksasie. Nasza podroż stawała się lepsza z każdym kilometrem. Następny etap: Amarillo – Santa Fe.
bezkresna równina, 10 wkopanych Cadillacków...i zimno jak diabli
Cadillack Ranch
P.S. Jestem pewien, że z tym 2 kilogramowym stekiem i tak bym sobie poradził.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz