piątek, 31 sierpnia 2012

Route 66 - cz.VI (Amarillo - Santa Fe)


                                         Dzisiejszy etap był jednym z dłuższych (prawie 500 km.) i trochę skomplikowany…cały czas prosto. Jak oni tam mają łatwo przy budowaniu dróg. Wystarczy długa linijka i mapa. Bez żadnych komplikacji prosta kreska i załatwione. Podczas tego etapu przekroczymy granice Nowego Meksyku. Jest on piątym, największym pod względem powierzchni, stanem słynącym z pięknych pejzaży, pustynnych równin i niesamowitych skalistych formacji, gdzie zamieszkuje największa ilość tych najprawdziwszych amerykanów, czyli jak to się zawsze zwyczajnie mówiło – Indian. 

żegnaj Teksasie - witamy w Nowym Meksyku
                                         Zaraz po przekroczeniu granicy zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej Rusell Gas Station Car Museum. Cóż za trafna decyzja. Oprócz wszystkich możliwych usług, jakie może zaoferować stacja benzynowa, znajduje się tu fantastyczne muzeum automobilizmu oraz rożnych przedmiotów i maszynek codziennego użytku od lat 40-tych do 80-tych XX wieku. Jednak, co najbardziej zwraca uwagę, to samochody. Przeróżnych marek i modeli, idealnie utrzymanych, kolorowych, błyszczących z silnikami bez najmniejszej plamki – po prostu cudeńka. Miedzy nimi Corvette z lat 60-tych bez przebiegu, wyceniony na ponad milion dolarów. Ponad godzinę czasu spędziliśmy na oglądaniu tych aut i przeróżnych gadżetów. 
te samochody miały "duszę"
Pontiac Super Chief 1957r.
takich dzisiaj już nie robią, niestety
wszystkie modele nieskazitelnie utrzymane
jedna z dawnych maszynek do sprzedaży Coca-coli
przy takiej kasie to aż się chciało płacić
                                         50 km dalej, w niewielkiej 6-tysięcznej miejscowości Tucumcari, natknęliśmy się na następną “perełkę”. W zasadzie to całe miasteczko położone wzdłuż drogi jest tą “perełką”. Wygląda tak, jak gdyby czas zatrzymał się w latach 50-tych zeszłego stulecia. Motele, bary, sklepy, wszystko przypomina tamte lata. Dziesiątki samochodów pięknie odrestaurowanych, wystawionych wzdłuż drogi, neony w formie i w kolorach tamtych lat, stacja benzynowa łącznie z samochodami, świetnie utrzymana, niezwykły trading post (o nich wspominałem w poprzednich postach) sprawiły, że był to jeden z najlepszych przystanków, jakie zrobiliśmy do tej pory. 
Old School Garage
tak jak by się cofnąć ponad 50 lat wstecz
prawda, że są sympatyczne?
Campervan
jeden se sławnych moteli przy drodze 66 - Blue Swallow (Niebieska Jaskółka) i pięknie odrestaurowany Pontiac
prawdziwa kopalnia skarbów dla kolekcjonerów
Tucumcari Trading Post
jesli czegoś tutaj nie znajdziesz, to znaczy że to nie istnieje
                                         Po następnych 100 km., w Santa Rosa zneleźliśmy  następne muzeum automobiliu, ale tu zatrzymaliśmy się już tylko, aby zerknąć na te eksponaty, które stały na zewnątrz. Nie pamiętam czy wspominałem wcześniej o niezwykle długich odcinkach prostych na drodze… można położyć cegłę na pedale gazu, zaliczyć przysłowiową sjestę i samochód dalej będzie na drodze. Zakręt jest w zasadzie wydarzeniem, za to piękne olbrzymie ciężarówki są czymś zwyczajnym. 
jak zwykle niekończące się proste...
... i jak zwykle wszechobecne ciężarówki
                                         Zbaczając trochę, ale tylko troszkę z 66-tki dojechaliśmy do Santa Fe, niewielkiej, 70-cio tysięcznej stolicy Nowego Meksyku. Gdyby nie kolory budynków, mógłbym przysiąc, że jestem w Andaluzji. Ten sam typ architektury, budowle nie wyższe niż 2 piętra, ogródki, brązowawy kolor ziemii, zaokrąglone narożniki, słowem południowa Hiszpania, gdyby tylko pomalować to wszystko na biało. Miasto jest bardzo ładne, mało ruchu, mało gwaru i wyraźnie widać tu obecność pierwotnych amerykanów, przepraszam - Indian (nie wiem skąd jest teraz taka moda, żeby wymyślać jakieś nowe nazwy, kiedy te od zawsze są zupełnie dobre; Indianin to Indianin). Pod arkadami, które otaczają główny plac miasta codziennie rozstawiają się Indianie ze swoimi stoiskami, na których można znaleźć wszelkiego rodzaju tradycyjne wyroby różnych plemion. Warto też zajrzeć do ładnej, choć niewielkiej katedry. Wieczorami spotkamy się z przyjemnym klimatem rozrywkowo-kulturalnym w licznych klubach, barach i restauracjach, czy z sympatyczną barmanką w jednym z barów, która zaserwowała nam wspaniale hamburgery w dodatku śmiesznie tanie a na deser poleciła nam kawę po irlandzku i single malt whiskey. Po tak wspaniałych hamburgerach, również przez nią poleconych, któż by się nie oddał się w “ręce” i gust ślicznej barmanki? Tak też i zrobiliśmy. Kawę wypili koledzy, whiskey wypiłem ja. Pychota. Prawie się przebijaliśmy o wysokość napiwku dla dziewczyny. Szkoda tylko, że po poproszeniu o rachunek, Visa dostała takiego udaru, że kilka dni później wciąż  jeszcze się trzęsła. Hamburgery były bajecznie tanie, whiskey i kawa… o mały włos nie lecieliśmy do banku po pożyczkę. I jak tu ufać ładnym kelnerkom? 
jedna z dzielnic mieszkalnych w Santa Fe
centrum Santa Fe
Katedra w Santa Fe
dziewczyny dadzą sobie radę ze wszystkim
hotel El Dorado, jeden z najwyższych budynków w mieście
Santa Fe Plaza
dużo barów i sklepów z pamiątkami
                                          Na szczęście spotkała nas jeszcze jedna nieoczekiwana, a przyjemna niespodzianka. W recepcji hotelu recepcjonista (niespecjalnie przystojny) polecił nam wypad w góry otaczające miasto. Postanowiliśmy mu zaufać i pojechaliśmy. Piękna serpentyna poprowadziła nas w góry i po którymś z kolei zakręcie ukazał nam się nagle bajeczny, pokryty śniegiem las po jednej stronie i wspaniały widok na dolinę, w której położone jest Santa Fe. Szkoda, że mgiełka unosząca się nad doliną nie pozwoliła na zrobienie naprawdę dobrego zdjęcia, tym niemniej wypad ten i polecenie recepcjonisty były jak najbardziej trafione. Byliśmy już w połowie naszej podroży, która idzie w crescendo. Następny etap: Santa Fe – Gallup.
kilka minut jazdy samochodem z Santa Fe....
... można spotkać takie piękne pejzaże

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz