piątek, 29 czerwca 2012

Powiedział mi wróżbita


Kolejna cudowna książka, na którą trafiłam dzięki mojej Mamie. I chociaż nie jestem wielką fanką literatury reportażowo - podróżniczej, chylę czoła przed Tiziano Terzanim. "Powiedział mi wróżbita", to podróż od Bangkoku, przez Kambodżę, Malezję, Wietnam, Chiny, Mongolię, Rosję,  Białoruś, Polskę, Niemcy i Włochy, którą autor odbył w ciągu roku drogą lądową i morską, podążając za słowami wróżbity. "Strzeż się! Istnieje ryzyko, że umrzesz w 1993 roku. Dlatego nie wolno Ci w tym roku latać. Ani razu!" usłyszał Terzani wiosną 1976 roku od pewnego starego chińczyka i mimo wrodzonego sceptycyzmu i niedowierzania przesądom czy wróżbom właśnie, podjął decyzję, aby postąpić  zgodnie z jego słowami, z wielkiej chęci odmiany i ciekawości tego, co może ona przynieść. Powrót do źródeł,  który dało mu powolne przemiszczanie się z jednego kraju do kolejnych, zatłoczone pociągi, w których poznawał ludzi tak niespotykanych i historie tak dziwne, od których do tej pory odsuwało go podróżowanie samolotami, zmaganie się z sobą, wspomnieniami wcześniej odwiedzonych miejsc, przeciwnościami losu i przyrody. Wszystko to podszyte nieprawdopodobną wiedzą, zrozumieniem świata, niebywałą toleracją i pokorą. Nie jest to bynajmniej przewodnik ani reportaż w czystej postaci. Fakty przeplecione z emocjami, przemyślenia, którym znajomość przeszłości odwiedzonych miejsc dodaje głębi, tysiące kolorów, smaków, setki twarzy i kultur, obyczaje skrajnie od siebie odmienne, nierzadko naznaczone piętnem historii. Dla mnie ta książka jest fascynującą, egzotyczną przygodą z wybitnym przewodnikiem, znawcą nie tylko mijanych miejsc, ale życia i jego tajemnicy. Warta każdej poświęconej minuty. 

Nawiedzona Malaka, jedna z bohaterek książki

Zdjęcia via 1,2,3

czwartek, 28 czerwca 2012

Brokuły do pracy!

 Więcej moich przepisów oraz wpisów na www.smakowitezycie.blogspot.com oraz na facbook’u http://www.facebook.com/Smakowitezycie?ref=hl

Notorycznie szukam inspiracji na coś pysznego co mogę zabrać do pracy i zjeść ze smakiem. Dość już mam piętrowych kanapek z pomidorami i ogórkami, musli się nie najadam, a coś bardziej skomplikowanego nie wchodzi w grę ze względu na ograniczone możliwości kuchenne (wiadomo).
Z drugiej strony wieczorami mam notorycznego lenia, który absolutnie nie pomaga mi w szykowaniu czegoś na dzień następny.
Natchnienie przyszło wczoraj, kiedy to Kasia moja pokojowa przytargała sałatkę, pozazdrościłam, a jakże. W drodze powrotnej do domu zahaczyłam o sklep i nabyłam cały arsenał składników.

Składniki:
  • Brokuły (ja kupiłam mrożone),
  • Ser feta,
  • Ziarna słonecznika,
  • Ziarna dyni,
  • opcjonalnie otręby (jeśli ktoś lubi).

Wiedziałam doskonale, że nie zrobię jej sobie wieczorem...wiadomo ten leń nieszczęsny, więc wstałam rano i migiem do kuchni.
Brokuły zalałam wrzątkiem z czajnika...liczy się czas, i wstawiłam na ogień dosłownie na dwie minuty.
  Na patelnię obok wrzuciłam garść ziaren słonecznika i dyni, te beztrosko się prażyły.
 Tuż obok rozstawiłam się z połówką fety, krojąc ją w drobną kostkę.
 
Zaglądając jeszcze do lodówki złapałam suszone pomidory, dodałam 5 sztuk, pokrojonych w paseczki.
Wszystkie składniki połączyłam ze sobą....i co?? i już.
W drodze do pracy pomyślałam sobie, że dodając do tego, usmażonego kurczaka, ma się danie obiadowe jak ta lala!!!
Następnym razem zrobię sobie wersję pożywniejszą...ale już wieczorem:)

No i co??:)
po 15 minutach wraz z sałatką byłyśmy gotowe do wyjścia:)

środa, 27 czerwca 2012

Gold sugar candy

Bluzka Sylwia Majdan, leginsy Eclecticon, buty Sanita, torebka Asos, okulary Chanel
Z moją ukochaną przyjaciółką Monią, niezmiennie od osiemnastu już lat bardzo lubimy się wzajemnie denerwować w kwestii nowych części garderoby. Teraz, kiedy jestem w Genewie niewiele się zmieniło, więc skype aż huczy od naszych "o nieee! jaka piękna! też chcę!", czy innych ochów i achów, które czasami przybierają nieco ostrzejszą formę z elementami groźby ("jak Ty tak pięknie wyglądasz w tej sukience, to ja już się nie chcę z Tobą przyjaźnić!"). Babskie gadanie. Tym razem była to prawdziwa miłość od pierwszego wejrzenia! Moja piękna blond Monia w TEJ idealnej, różowej bluzce z bajecznym i zaskakującym rozcięciem z tyłu. Pudrowa, trzymająca formę parzona wełna (w 90% naturalna, czyli jest nam w niej miękko, przyjemnie, skóra oddycha i trzyma odpowiednią temperaturę, nawet w te upały) i wylewająca się spod niej jedwabna koszulka, delikatna jak mgiełka, w tym samym obłędnym kolorze. Już w trakcie skypowej rozmowy z Monią prowadziłam równoległy czat z Sylwią, która jak zwykle, mimo niedogodności w postaci mojego oddalenia powiedziała "Nie ma problemu, dotrze do Ciebie". Cudowny człowiek z tej Sylwuni! I tak podróżnik z Warszawy o dobrym sercu dostarczył mi to cudo, które wisi na czele wszystkich letnich sweterków. Uśmiecha się do mnie przy każdym otwarciu szafy, a nasza miłość wciąż kwitnie, więc zobaczycie tę bluzkę jeszcze nie raz!


wtorek, 26 czerwca 2012

Awash


W kwestii jedzenia Etiopia kojarzy się raczej z jego brakiem niż z pysznymi potrawami. Tym bardziej nęciła mnie Etiopska restauracja po drugiej stronie jeziora. Położona w budynku z grupy tych "czy to na pewno tu?" i gdyby nie gwarny tłum w środku i miły zapach kuszący zza drzwi, nie wiem, czy odważyłabym się wejść. Proste, mało wyrafinowane wnętrze, ale atmosfera zaskakująco przyjemna. Dużo ludzi pochodzenia afrykańskiego i dobiegający z sąsiednich stolików język semicki, stanowiące dobrą wróżbę. Piękna kelnerka, o ciepłym, spokojnym spojrzeniu z uśmiechem przyjęła nasze zamówienie na przystawkę i talerz wegetariańskie, etiopskie piwo i kawę na deser. 

Pyszne pierożki z nadzieniem z soczewicy idealnie łączyły się z pastą z zielonego groszku. Chrupiące, lekko pikantne, stanowiące perfekcyjny wstep do dalszego posiłku.
Na danie główne składał się jeden półmisek, z kilkoma rodzajami past, m.in.  z soczewicy na ostro (bardzo ostro!) i cieciorki, prosta sałata, szpinak, który zapewne stanowi substytut któregoś z etiopskich warzyw. Wszystko podane na plackach, wypiekanych w wielkim piecu. Żadnych sztućcy, wszystko chwytami palcami, maczamy, miksujemy wedle uznania i zajadamy ze smakiem. Dla mnie był to dodatkowy bonus do pysznego jedzenia, bo uwielbiam jeść rękoma, jedzenie ma dla mnie wtedy o wiele lepszy smak i lepiej je "czuję".
Na deser czarna jak noc gotowana kawa z cynamonem, bardzo słodka, aromatyczna i mocna. 

Miejsce nie tylko dla amatorów egzotyki. Smacznie, klimatycznie i niezwykle miło. 

Awash
Rue du Valais 11, 1202 Genève, Szwajcaria



0041 22 738 72 98




poniedziałek, 25 czerwca 2012

7 rzeczy weekendowych

Porozstawiane po całym mieście pianina, w tym np. przy przystanku autobusowym czy jak tu - nad jeziorem, z napisem 'Zagraj na mnie, jestem Twój' w ramach akcji Street Pianos, która co roku zmienia miejsca. I mój zasłuchany Viktor, który kocha muzykę. 
To był jeden z najlepszych genewskich weekendów od kiedy tu jestem. Cudowne towarzystwo Mamy i jej (a w zasadzie naszej) przyjaciółki Gosi, festiwal muzyczny i porozstawiane po całym mieście białe namioty, kolorowe lampiony, jedzenie i picie z całego świata a do tego piękna muzyka, śniadania w parku, wielogodzinne spacery, także te do białego rana z przerwą na kieliszek wina w jednej z bajecznie klimatycznych kafejek, pyszne jedzenie (w tym jagnięcina Jamiego, którą zamierzam się z Wami niedługo podzielić). Uwielbiam mieć gości, dopieszczać ich, gotować dla nich i pokazywać im wszystkie cudowne miejsca w tym mieście, które kocham całym sercem! Dobrego tygodnia kochani!

Warzywka, francuski reblochon, miód lawendowy, polskie kabanosy i jajka na twardo z majonezem (obowiązkowo Omega 3.6 Winiary dostarczany zawsze z polski przez przyjezdnych), napój ryżowy, gotowana kawa turecka, foie gras i inne smakołyki = nasze piknikowe śniadanie w parku
Broszka pająk vintage, znaleziona na flea market na tle ukochanej bluzki, czyli dwie miłości od pierwszeko wejrzenia w jednym
Makaron z TEGO przepisu Tyny w wersji de luxe, do którego utarłam jeszcze czarną truflę i doprawiłam solą truflową. Brakowało mi Malmy! jako wyraz żałoby na jej brakiem podałam więc czarny makaron
Genewa tętniąca życiem do białego rana w rytmach muzyki z całego świata
Jestem bardzo sentymentalna, a takie rustykalne klimaty to absolutnie coś, co mnie kręci!
Le Pont-Vieux w uroczym Hermance

piątek, 22 czerwca 2012

Route 66 - cz.III (Saint Louis - Joplin)


                                To był najdłuższy prawie 500 kilometrowy etap w naszej podroży. Ale tak samo jak był długi, tak też był monotonny, żeby nie powiedzieć nudnawy, porównując go oczywiście do tego, co do tej pory widzieliśmy. Setki kilometrów, niezmiernie długie proste odcinki drogi, dookoła pola uprawne i płasko jak na patelni. 

on the road again
                               To wcale jednak nie znaczy, że nie było nic do zobaczenia. 100 km od Saint Louis w pobliżu miasteczka Stanton znajduje się kompleks jaskiń Meramec Caverns. Oprócz naturalnej atrakcji jest jeszcze jedna dodatkowa – jaskinie te były używane, jako kwatera główna przez słynnego amerykańskiego bandytę i rewolwerowca Jessiego Jamesa i jego brata Franka. System jaskiń i przesmyków o ponad 7 kilometrowej długości powstał w wyniku erozji skał wapiennych i jak to zwykle w takich przypadkach bywa wewnątrz znajduje się duża ilość stalaktytów i stalagmitów, strumyków i kilka oczek wodnych. Wizyta z przewodnikiem trwa prawie 1, 5 godziny, ale my mieliśmy chyba pecha z przewodnikiem i nie chodziło o brak wiadomości na temat, ale o pośpiech w miejscach, w których warto by się było zatrzymać na dłużej i “stratę czasu” w mniej atrakcyjnych. Na dodatek prawie nie ma czasu na zrobienie przyzwoitego zdjęcia w trudnych warunkach oświetleniowych, a to dlatego, że kończąc tłumaczenie jakiegoś miejsca natychmiast gaszono w nim światło. Ogólnie jaskinie warte może zatrzymania się, ale wizyta bez przewodnika byłaby chyba lepsza. 
jaskinie Meramec
oświetlenie czasami wątpliwego gustu
niektóre partie są naprawde ładne 
w takim świetle jest dużo lepiej
kolory nie zawsze dodają uroku
                             Stamtąd - szosa, szosa i szosa z jakąś starą stacją benzynową od czasu do czasu i nic poza tym. Będąc rejonem zdecydowanie rolniczym i związanymi z tym odległościami zwracała uwagę duża ilość żółtych dobrze znanych autobusów szkolnych. Od dziesiątek lat prawie nie zmieniają swojego wyglądu i łatwo jest je rozpoznać tym bardziej, że są prawie takie same w większości stanów. 

typowy autobus szkolny
                             Ponieważ nie są to rejony wielkich miast czy aglomeracji miejskich zwiększała się też ilość olbrzymich spektakularnych ciężarówek na drodze. Również tu zaczęły się pojawiać pierwsze Trading Posts. Są to dawne punkty sprzedaży przydrożnej, w których kiedyś sprzedawano prawie wszystko i które do dnia dzisiejszego zachowują tę tradycję. Każde z nich posiada własną oryginalną nazwę i w każdym można znaleźć niezliczoną ilość przedmiotów, antyków i artykułów wszelkiego rodzaju. Czasami naprawdę trudno jest się domyśleć, do czego mogły i mogą służyć. Jednymi z bardziej interesujących miejsc tego typu są te w miejscowości Rolla. Oprócz tego, że można tam znaleźć prawie wszystko są one również świetnym miejscem do uzyskania wartościowych informacji dotyczących regionu, ponieważ prawie wszystkie są prowadzone przez tą samą rodzinę z dziada pradziada a oni znakomicie znają swój region. Zatrzymuje się człowiek w takim miejscu na 5 minut, żeby rzucić okiem i napełnić bak a wychodzi stamtąd po godzinie czasu z jakąś pamiątką pod pacha i zadowolony, że tam przystanął. 

może trochę przesadzam z tym ciężarówkami ale naprawdę, mają one swój urok
sama Droga 66 jak i miejsca zainteresowania są dobrze oznakowane 
Totem Pole - Trading Post w Rolla
ta stacja benzynowa działa od 1933 roku

                             Ruszając dalej w drogę i mijając jeszcze jeden Springfield (ten też nie był tym Homera Simpsona) dojechaliśmy do Joplin. 50-cio tysięczne miasto stało się sławne w maju 2011 roku, kiedy to duża jego cześć została zrównana z ziemią po przejściu morderczego tornado o sile E5, która jest najwyższą możliwą w tej skali. Kataklizm pozostawił za sobą 160 zabitych, ponad 900 rannych i tysiące całkowicie zniszczonych domów i zabudowań. Chcieliśmy zobaczyć te zniszczenia, ale…prawie nic z nich już nie pozostało. Wszystko jest już odbudowane albo jest w jego trakcie. Aby jak najszybciej zapomnieć o katastrofie władze miasta wraz z jego mieszkańcami postanowili całkowicie “wymazać” wszelkie ślady po niej i tym samym przejść do normalnego życia i funkcjonowania miasta. Wszystko to w niecały rok czasu! Nie mieliśmy nawet gdzie zrobić jakiegoś zdjęcia ruin. Jedyne, co było widać naokoło to duża ilość domów w budowie. Przyszła mi na myśl wielka powódź w południowej Polsce kilka lat temu gdzie do dzisiaj rodziny czekają na zburzenie starych zrujnowanych gospodarstw nie mówiąc o budowie nowych. Zostawiam Was ze zdjęciami z tego odcinka Drogi 66. Następny etap: Joplin – Oklahoma City.

tym razem GPS "wpśucił nas niekoniecznie w maliny" ale...diabli wiedzą gdzie

czwartek, 21 czerwca 2012

Białe szparagi z MALMĄ!

 Więcej moich przepisów oraz wpisów na www.smakowitezycie.blogspot.com oraz na facbook’u http://www.facebook.com/Smakowitezycie?ref=hl

Kończy się szparagowy sezon, więc dziś na pożegnanie...Poniekąd dwie pieczenie na jednym ogniu.
Po pierwsze możliwość wypróbowania fajnego przepisu z wykorzystaniem białych szparagów z oliwą truflową,
Po drugie na nowo odkrycie, jakości makaronu Malma, który ni jak nie jest dostępny w sklepach, a który dzięki uprzejmości producentów dostałyśmy w prezencie:) I który, i tu zupełnie nie podlizując się nikomu, jest naprawdę bardzo dobry i bardzo żałuję, że nie mogę od tak, wyjść do sklepu i po prostu kupić go sobie.
Źródło przepisu to oczywiście Asia i Kwestia Smaku, nieco zmodyfikowany przeze mnie, gdyż ja jestem mięsolubna i bez tego dodatku nie jestem w stanie najeść się psychicznie (nie wiem czy też macie takie doświadczenia, ale ja żeby czuć się sytą muszę zaspokoić swoją psychikę wszelkiej maści smakami...Mówię wtedy, że głowa mi się najadła...To znaczy, że jest naprawdę git:).
Oliwa truflowa, wiem domyślam się, nie jest typowym składnikiem, który można znaleźć na naszych domowych półkach, ale nie jest również czymś nieosiągalnym i niedostępnym. I wcale nie trzeba sklepu "Kuchnie Świata" żeby takową nabyć.
Widziałam ją w Carrefourze, widziałam ją w Kauflandzie, Bomi, no i oczywiście na allegro:)
Można ją dodawać do sałatek, do makaronów, więc nie jest produktem na jeden raz i jeden przepis.
Jest szalenie aromatyczna i bardzo specyficzna:)
No, ale wracamy do tematu.
Przepis ten dedykuję mojej przyjaciółce Domi, która tak bardzo zraziła się do białych szparagów, obierając je, że chyba żadnymi siłami, nie da się przekonać do ponownego ich użycia w kuchni.


Składniki:
  • 6 białych szparagów,
  • makaron, (bezjajeczny),
  • 2 łyżki oliwy z oliwek do smażenia,
  • 1 ząbek czosnku, pokrojony w cienkie plasterki,
  • 5 łyżek oliwy truflowej,
  • szklanka startego parmezanu,
  • kilka plastrów szynki długo dojrzewającej,
  • 1/2 łyżeczki mielonego czarnego pieprzu,
  • 1 łyżeczka soku z cytryny.
Szparagi obrać obieraczką do warzyw na całej długości (oprócz główek), odciąć zdrewniałe i łykowate końce łodyg (około 4 cm) i wyrzucić. Obrane szparagi opłukać pod bieżącą wodą i pokroić na 4 - 5 cm kawałki.
  
Rozpocząć gotowanie makaronu :) Na 8 minut przed końcem gotowania dodać łodygi szparagów, a na 3 minuty przed końcem dodać główki.
W czasie gdy gotuje się makaron, można pokroić czosnek w plasterki.
Na patelni na 2 łyżkach oliwy z oliwek podsmażyć czosnek.
Makaron ze szparagami odcedzić i przełożyć na patelnię z czosnkiem, dodać do tego truflową oliwę i mieszając podgrzewać jeszcze przez około pół minuty.
Zdjąć z ognia, dodać ser parmezan i porwaną na kawałki szynkę, doprawić świeżo zmielonym czarnym pieprzem i wymieszać. Skropić sokiem z cytryny.
Wyłożyć na talerze i ewentualnie posypać parmezanem. Doprawić solą morską do smaku i podawać z dodatkową oliwą truflową.