wtorek, 31 lipca 2012

Blu


W Blu byliśmy z Narzeczonym dwa lata temu, żeby uczcić naszą kolejną rocznicę. Restauracja polecona przez boya hotelowego (który notabene powinien pisać luksusowe przewodniki dla turystów, ponieważ każda jego wskazówka była strzałem w dziesiątkę, w dodatku na wagę złota), okazała się dokładnie tym, czego szukaliśmy. Położona na samej plaży, z widokiem na malowniczy Rovinj. W ciągu dnia można kąpać się i relaksować, popijając soki owocowe i wcinając fantastyczną focaccię. Wieczorem restauracja zmienia swój charakter, kilka stolików ląduje na samej plaży, mrok rozjaśnia światło świec a goście zamieniają bikini+pareo na lniany garnitur lub letnią suknię+jedwabny szal. Podczas poprzedniej wizyty próbowałam małż Św. Jakuba w tempurze z sosem majonezowym i kawiorem na przystawkę, steka z truflami na danie główne i bonusową lampkę szampana na deser. Wszystko zniewalające, poczynając od obsługi na każdym z dań kończąc. Tym razem, kuszona wyborem deserów, pominęłam przystawkę. Po fenomenalnym i prawdopodobnie najlepszym, jakie do tej pory jadłam, risotto z krewetkami i truflami, oraz po spróbowaniu czarnego ravioli z Dorszem i jadalnym srebrem, które zamówił Narzeczony, podzieliliśmy się idealnie miękkim w środku i twardym na wierzchu, bogatym w smaku i bardzo czekoladowym sufletem. Restauracja idealna, obok Le Mandrać,  moja ulubiona ze wszystkich tych, które do tej pory miałam okazję poznać w Chorwacji, ale też zdecydownie w czołówce wszystkich tych, w których miałam okazję gościć się dookoła świata. Blu ; Val de Lesso 9, 52210 Rovinj, Chorwacja


poniedziałek, 30 lipca 2012

14 rzeczy weekendowych

Zachód słońca na wyspie Cres
Zeszły tydzień był absolutnie szalony i pełen przygód. Wyruszyliśmy z Narzeczonym na kilkudniową wyprawę motorową, bez planu, spontanicznie wybierając miejsca, które chcemy zobaczyć i w których chcemy się zatrzymać. Odkrywaliśmy nieznane nam dotąd zakątki pięknej i absolutnie pysznej Chorwacji, bez komputerów, z mapą i dobrą książką w ręku. Dla tych, którzy planują wyprawę w te rejony, będzie to pomocny tydzień, bywaliśmy bowiem w wielu wspaniałych miejscach i zajadaliśmy się w restauracjach, o których opowiem Wam w ciągu najbliższych dni. Po tylu latach eksplorowania chorwackich atrakcji, ten kraj wciąż zaskakuje mnie i zachwyca, a odkąd poznałam język mojego ukochanego, mogę w pełni korzystać z jego uroków, zagłębiając się do samego epicentrum tętniącej, bałkańskiej energii. Polecam. Uživajte!

Ucka z widokiem na Istrię
Najbardziej adekwatna koszulka na ten wyjazd - Steve McQueen - Passion for speed. Uwielbiam ją, dziękuję Sylwuniu.
Narzeczony w uniformie a'la bohater kreskówki
Lubenice
Troszkę koronki z widokiem na Lubenice
Plaża w, a w zasadzie pod Lubenice...
...o zmierzchu bezludna
Trampki, które okazały się zbawieniem podczas wspinaczki górskiej
Kamieniste plaże = idealny masaż dla stóp
Sveti Jakov; Malvezija, jedno z moich ukochanych chorwackich win. Świeży, wyrazisty smak.
Rybna zupa z rybną tempurą w Le Mandrać, który jest obowiązkowym punktem naszej corocznej wizyty. 
Urocze zaułki Rovinja
Koszulko-tunika, która w zależności od potrzeby spełnia każdą wakacyjną funkcję ubraniową

czwartek, 26 lipca 2012

Lody w Limoni

 Więcej moich przepisów oraz wpisów na www.smakowitezycie.blogspot.com oraz na facbook’u http://www.facebook.com/Smakowitezycie?ref=hl

 Ponieważ znów zawitała ciepła aura, to czas na opowieść o niezwykłej lodziarni w centrum Warszawy.
Ale od początku, kiedy byłam nieco młodsza do babskiej rodzinnej tradycji należało spędzanie wspólne dnia dziecka. Wraz z moimi siostrami, mamą oraz cioteczką kiedyś kiedyś kiedyś wybierałyśmy się na lody do Igloo które mieściło się przy Nowym Świecie.
Pamiętam tylko jasne wnętrze i dużo różnych lodów do wyboru. Igloo gdzieś zniknęło, tradycja też z roku na rok zaczęła podupadać. Od tamtej pory szukałam miejsca z dobrymi lodami, takimi właśnie jakie gdzieś w ramach wspomnień krążą po mojej głowie.
I nagle objawienie. Kolega polecił nam to miejsce, idźcie i nie bójcie się próbować.
No to poszliśmy...objawienie...pomijam cudowny smak lodów, pełny, mięsisty, idealny, to jeszcze szok, którego można doznać wybierając smaki.
Do wyboru oprócz klasyków mamy takie cudeńka jak lody buraczkowe,pomidorowe, marchewkowe, piwne, koperkowe, imbirowe...i wszystkie naprawdę smaczne!!!
 
W karcie widziałam też lody parmezanowe..na które niestety nie udało mi się jeszcze trafić, ale poluję poluję. Przy każdej okazji zabieram tam przyjaciół, rodzinę, opowiadam i polecam. Bo warto!!!!!
u Zosi lody marchewkowe oraz koperkowe
moje lody, buraczkowe i imbirowe
 W imieniu Whitechocolatemoccha zapraszam Was na lody do Limoini przy ul.Nowy Świat 52 lub na ul. Różaną 47:)


Ps. dla tych, którzy miłośnikami lodów nie są, alternatywą mogą być dania z kuchni włoskiej. Nie jadałam, więc nie wiem czy smacznie, jednak oceniając produkt flagowy myślę sobie że może być równie smacznie.

piątek, 20 lipca 2012

Route 66 - cz.V (Oklahoma City - Amarillo)


                                         W drogę do Teksasu, gdzie wszystko jest naj: największe, najwyższe, najcięższe, najgrubsze, najważniejsze, naj…teksańskie. Jeszcze w stanie Oklahoma, pół godziny drogi od Oklahoma City (cóż za nudne miasto!!!) Zatrzymaliśmy się w Forcie Reno. Został zbudowany w 1875r. w celu ochrony 5 najmniej agresywnych szczepów indian – Cherokee, Chiksaw, Choctaw, Creek i Seminole. Wszystkie z nich miały dobre stosunki sąsiedzkie z miejscowymi osadnikami, od których przejęli też wiele zwyczajów i tradycji. Do 1949r. fort przynależał do Kawalerii Stanów Zjednoczonych, a na dzień dzisiejszy jest częścią departamentu rolnictwa i działa, jako laboratorium do spraw badań i rozwoju pastwisk. Jako ciekawostkę warto zaznaczyć, że był używany w czasie II wojny światowej, jako obóz dla niemieckich więźniów wojennych. Kompleks jest w dobrym stanie, posiada interesujące muzeum i warty jest zwiedzenia. 

wiernie trzymamy się autentycznej Route 66
typowa farma amerykańska...
...i typowy amerykański pick-up
Fort Reno - budynek oficerski
Fort Reno - kwaterunek żołnierzy
                                        Pół godziny później, zatrzymaliśmy się w Bridgeport, małej, nie tak dawno opuszczonej osadzie, w której gdyby z któregoś z budynków nagle wyszła jakaś zjawa to byłaby ona bardzo na miejscu. Oprócz kościoła, który wydaje się być używany od czasu do czasu reszta osady jest pusta; domy z brudnymi i powybijanymi szybami, opuszczone rowery, stare samochody, furgonetki porośnięte chaszczami i… ani jednej żywej duszy. Znakomite miejsce na nakręcenie jakiegoś dreszczowca jak i na zrobienie ciekawych zdjęć z zaskakującymi motywami. 
Bridgeport - miasto widmo
kościół wydaje się być używany od czasu do czasu
opuszczone domy
można by tu nagrać jakiegoś dreszczowca
                                       Zanim jeszcze przekroczyliśmy granicę Teksasu zatrzymaliśmy się w mieście Elk. Tam odwiedziliśmy piękne muzeum Drogi 66. Fantastyczne jest chyba odpowiednim słowem do jego opisania. Wszystko jest zachowane w świetnym stanie. W skład muzeum wchodzą całe budynki, domy mieszkalne, stacja kolejowa, poczta, budynek z dumną nazwą “Opera”, gabinet dentystyczny, różnego rodzaju warsztaty, stacja benzynowa i cała masa przedmiotów i narzędzi, które zostały podarowane przez mieszkańców miasta i jego okolic. Szczerze powiedziawszy, jak do tej pory była to jedna z najciekawszych i najładniejszych ekspozycji, jakie zwiedziliśmy. Po ponad 2 godzinnej wizycie, wyruszyliśmy w dalszą drogę. Tablica Welcome to Texas przywitała nas po niewielu kilometrach. 
Elk - muzeum Drogi 66
stacja benzynowa z lat 50-tych
te pompy były zdecydowanie ładniejsze od dzisiejszych
oczywiście nie mogło zabraknąć klasyka z tamtych lat (Lincoln)
budynek poczty i opery
oryginalna stacja kolejowa w Elk
Welcome to Texas
                                        I jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zaczęło się wszystko naj…najwięcej ciężarówek i największe, najdłuższe odcinki prostej drogi, odnosi się wrażenie, że projektant dróg nie miał żadnego innego przyrządu kreślarskiego jak linijka i ołówek i na pewno jedno jak i drugie były naj…większe. Niekończące się proste odcinki drogi przerwane od czasu do czasu jakimś małym wzgórkiem towarzyszyły nam cały czas. Na drodze zaczęliśmy spotykać coraz częściej coś, co już widzieliśmy wcześniej, ale nie tak często jak teraz: olbrzymie autobusy – kamperovany. Wyposażone jak autentyczne domki jednorodzinne we wszelkiego rodzaju wygody. Dodatkowo na postoju wysuwają boczne ściany i zamieniają się w salon o powierzchni 15m², nie licząc sypialni, kuchni, łazienki i całkiem sporego schowka na żywność. Ale to jeszcze nie wszystko, dodatkowo holują dużego vana, na którego platformie jest jeszcze albo quad, albo motor wodny albo inny Harley-Davidson. Wygląda to niesamowicie. Powiedziano nam, że niektórzy żyją w ten sposób, przemieszczając się z miejsca na miejsce w poszukiwaniu lepszej pracy, inni przeważnie emeryci, posprzedawali swoje domy i przemierzają kraj z jednego końca na drugi, z północy na południe i ze wschodu na zachód, poznając każdy zakątek swojej ojczyzny, jeszcze inni w ten sposób spędzają wakacje. Jasne, przy takich cenach benzyny (ponad 50% taniej i zarobkach 4-5 krotnie większych) ja też bym tak mógł… Jeśli dodamy do tego: jakość dróg, wyposażenie miejsc parkingowych i kampingów i łatwość z jaką można się poruszać w ten sposób, nie dziwię się, że aż tyle ludzi właśnie w ten sposób spędza swoje życie. 

Shamrock - typowa wieża ciśnień, jakich wiele można spotkać po drodze
nie ma po co pytać o drogę, zawsze prosto...
wszechobecne ciężarówki
autentyczne domy na kołach
                                     W końcu dotarliśmy do Amarillo. Ciekawe miasto. Główna ulica o długości ok. 25 km. jest częścią autostrady międzystanowej I40. Po obydwu jej stronach pełno jest wszelkiego rodzaju sklepów, zakładów usługowych, barów, restauracji, kościołów, ale nie ma domów mieszkalnych. Dzielnice mieszkaniowe są oddalone od głównej ulicy. Również oddalone jest centrum administracyjne miasta. Życie w Amarillo biegnie wzdłuż i dookoła I40. Natychmiast po pozostawieniu bagażu w hotelu wyruszyliśmy w kierunku wąwozu Canyon de Palo Duro oddalonego o około 50 km od miasta. W Teksasie oczywiście wąwóz musiał być duży - i taki jest. Drugi największy w USA zaraz po Grand Canyon. Ponad 193 kilometry długości, 10 kilometrowej szerokości i głębokości dochodzącej do ponad 300 metrów. Prawdziwy olbrzym. Tu właśnie zacząłem sobie wyobrażać, jaki może być jego większy brat w Arizonie. Wąwóz posiada wiele różnokolorowych warstw kamiennych, które można było łatwo rozróżnić pomimo pochmurnego dnia i nie najlepszego światła. Wiele ciekawych formacji kamiennych jak np. Lighthouse (Latarnia morska) czy Spanish Skirt (hiszpańska spódnica) jest naprawdę niesamowitych. Po drodze natknęliśmy się na autentycznego, żywego amerykańskiego bizona, pasącego się spokojnie blisko drogi, który obdarzył nas znudzonym spojrzeniem, ignorując nas przy tym zupełnie. Całe szczęście. 

wąwóz Palo Duro
hiszpańska spódnica
bizon amerykański

                                     Pozostało nam jeszcze jedno, zwiedzić jedno z najbardziej kuriozalnych i najsławniejszych miejsc związanych z Drogą 66, miejsce, na które czekaliśmy z niecierpliwością: Cadillac Ranch. Jest ono autentyczną ikoną trasy. Dla wielu najbardziej znanych artystów takich jak Bruce Springsteen, John Stewart, Chris Ledoux, Family Force 5 Band i innych, to miejsce było źródłem natchnienia, któremu zadedykowali wiele utworów. Cadillac Ranch było i jest używane w wielu reklamach, filmach, serialach itp. A czym jest Cadillac Ranch? Postaram się to w dużym skrócie wyjaśnić. Miejscowy milioner, niejaki Stanley Marsh III, znany mecenas sztuki i kultury zakontraktował w 1974 roku u trzech artystów. Dougha Michelsa, Chipa Lorda i Hudsona Marqueza dzieło. Te miało spełniać warunek bycia otwartego dla publiczności. Tym przyszedł do głowy pomysł wkopania w ziemie 10 ewolucji legendarnego samochodu Cadillac, który zawsze był marzeniem każdego amerykanina. Zrobili to w dodatku wkopując je pod takim samym kątem jak słynna piramida egipska w Gizeh. Były to charakterystyczne “skrzydlate” modele wyprodukowane między 1949 i 1963 rokiem. Ranczo jest widoczne z drogi i wstęp jest bezpłatny mimo tego, że znajduje się na prywatnym terenie. Graffitis nie tylko, że są dozwolone, są wręcz rekomendowane, tak że warto kupić farbę w sprayu i wyzwolić z siebie żyłkę artysty. Możecie sobie wyobrazić jak kolorowe i wesołe są te samochody. Co jakiś czas malują je na jednolity kolor (różowy, ulubiony kolor żony Stanleya, czarny ku czci zmarłego Doigha Michelsa jednego z twórców, biały w celu nagrania reklamy, szary, bo jest zachmurzony dzień itp.) a później znowu wizytujący to miejsce ludzie dają upust swojej wyobraźni. Niespotykane miejsce. Tak samo jak zimno, które tam panowało w trzecim tygodniu marca. Ponieważ jest to wielka bezdrzewna równina, płaska jak stół, bez żadnych wzgórz, wiatry są bardzo silne, na dodatek tego dnia temperatura była poniżej -5ºC wydawało się, że jesteśmy gdzieś w okolicach Syberii albo, co najmniej Suwałk. Skostniałe palce rąk utrudniały niesamowicie wszelkie manipulacje przy aparacie fotograficznym, co sprawiało, że trzeba było poświęcić więcej czasu na każde zdjęcie i w rezultacie zimno stawało się coraz bardziej przeraźliwe, także każde zdjęcie jest sukcesem niezależnie od jego jakości. Nagrodą za to była kolacja w jednej ze znanych w tamtych stronach restauracji. Miałem pomysł, aby zjeść ją w restauracji Big Texan, gdzie można wyzwać restauracje na pojedynek i mieć gratisową kolację. Wystarczy zjeść 2,1 kilogramowego steka (bez kości i bez tłuszczu), sałatę, bułkę, ciastko deserowe, i wypić jakiś napój gazowany w przeciągu 1 godziny. Na moje nieszczęście, moi towarzysze podroży nagle zaczęli dbać o moje zdrowie, wagę … bla, bla, bla, zwyczajnie stchórzyli. Mimo tego zjedliśmy przyzwoitego rozmiaru steki w innej restauracji i bez większego problemu, popijając je obficie piwem. Teraz juz na 100% byliśmy w Teksasie. Nasza podroż stawała się lepsza z każdym kilometrem. Następny etap: Amarillo – Santa Fe.
bezkresna równina, 10 wkopanych Cadillacków...i zimno jak diabli
Cadillack Ranch
P.S. Jestem pewien, że z tym 2 kilogramowym stekiem i tak bym sobie poradził.