środa, 30 stycznia 2013

Serpent marron

Płaszcz Viola Śpiechowicz, spodnie Zara, buty Tommy Hilfieger, torba Prada, rękawiczki DsQuared

Wizyta w Atelier Violi Śpiechowicz, to stały punkt każdego mojego przyjazdu do Polski. Można śmiało powiedzieć, że jeśli przebywam w kraju więcej, niż 24 godziny (podczas jednej z wizyt, która miała dokładnie godzin 26 zdążyłam uzupełnić szafę o nowe sztuki od Violi :-) ), pewnym jest, że wrócę do domu z czymś jej projektu. W rzeczach Violuni znajduje coś takiego... nieuchwytnego, wręcz magicznego. To 'coś', co tak bardzo przyciąga nas do ukochanej osoby, poparte całkiem już namacalnymi: fenomenalnymi materiałami, kunsztem krawieckim, perfekcyjnymi wykończeniami. Wiem, jak Viola pracuje, ile serca i pracy wkłada w każdą sztukę, którą sygnuje swoim nazwiskiem. Za każdą rzeczą stoją nie tylko mistrzowskie oko, design i wykonannie, ale też wybitny, cudowny człowiek, który kocha to, co robi. Tę miłość czuć, podczas noszenia jej projektów. Pamiętam, kiedy jakieś 11 lat temu założyłam na ślub przyjaciół pierwszą suknię z zielonej, opalizującej tafty. Pamiętam jak się w niej czułam. Pamiętam każdą kolejną rzecz i oczekuje kolejnych, które dopełnią całkiem już pokaźną kolekcję w mojej szafie. To unikaty aktualne latami. Brązowy płaszcz, który noszę we wszystkie słoneczne dni to prototyp, który podbił moje serce i sami rozumiecie - nie mogłam go tak zosatwić...
Violuniu, dziękuję Ci. 



poniedziałek, 28 stycznia 2013

LBD

Sukienka Sylwia Majdan, torba Prada, buty Casadei (widziane Tu), bransoletki Pandora,  Sylwia Majdan, Fado, J Crew, naszyjnik Iwona Grabowska, lakier Essie 'Russian Roulette' 

Nikt nie przekona mnie, że istnieje coś lepszego i bardziej uniwersalnego od LBD - Little Black Dress, małej czarnej. Szczególnie, jeśli jest to absolutnie idealna mała czarna. Sukienka, która przylega jak druga skóra, cudownie miękka, ze szlachetnej wełny z domieszką kaszmiru. Do tego jeszcze kilka detali, które kocham: kieszenie, bajeczne rozkloszowanie na biodrach, które sprawia, że sukienka tańczy wokół nas przy każdym kroku, rękaw 3/4. Sukienka na zawsze i do wszystkiego. Rzeczy Sylwii Majdan to synonim klasyki z najwyższej półki. 
Sandra, hvala ti za slike :-) czyli dziękuję Sandrze za zdjęcia. 


sobota, 26 stycznia 2013

Take this waltz


Kiedy już zbrzydły mi niemal wszystkie filmy miłosne i odechciało się powielających scenariuszy trafiłam na artykuł, który posadził mnie znów przed telewizorem i zapewnił wspaniałą i szczerze mówiąc, ciut zapomnianą rozrywkę i refleksję. Nie lubię streszczać fabuły, nigdy bowiem nie oddaje streszczenie tego, co czeka na nas podczas oglądania, odziera film z magii i jego klimatu. Zamiast tego, zacytuję Wam fragment, który wypowiedziała pijana szwagierka głównej bohaterki: "Życie ma w sobie wyrwę, po prostu. Nie ma sensu wariować, próbując ją zapełnić". Proste i genialne. I chociaż film jest strikte miłosny, wierzę, że każdy z nas zna uczucie tej wyrwy, niepokój wobec pewnego głodu i pustki. Pytanie, czy jeśli coś jest nie tak, to trzeba to od razu naprawiać? Co wydarzy się, kiedy pozwolimy sobie bezczynnie przyjrzeć się swoim tęsknotom i pragnieniom? Pokusa zawsze obiecuje przecież coś, czego nie da. Jest wiele wyjść, odpowiedzi i dróg. Warto szukać ich w sobie, aby, jak pisze autorka wspomnianego atykułu, 'doświadczać piękna pokusy i umieć odróżnić ją od powołania.' 
Jeśli macie ochotę na mile spędzony czas przed telewizorami w ten weekend, piękne zdjęcia i realizację a do tego historię, która pozostawia ślad... "Take this waltz" reż. Sarah Polley. 
Na deser, wspomniany artykuł Natalii de Barbaro, Coaching, Nr1/2013, str. 20-21. 
Dla tych, którzy obejrzą - napiszcie, co myślicie, jestem bardzo ciekawa!



piątek, 18 stycznia 2013

Route 66 - cz.XII i ostatnia (Las Vegas - Santa Monica)


                                        Ostatni etap, ostatnie 500km Drogi 66. Dziesiatki kilometrów pustynnego pejzażu (jesteśmy w okolicy pustyni Mojave). Tego typu widoki mieliśmy już okazję obejrzec po drodze wiele razy, tak że w niewielkiej miejscowości Yermo niedaleko miasta Barstow zatrzymaliśmy się a obiad. Wybraliśmy restaurację Peggy Sue’s 50’s Dinner. Kuriozalne wejście w formie szafy grającej i typowe pastelowe kolory z lat 50-tych pozwalały przypuszczać co możemy zastać wewnątrz. Tak też się stało. W środku wszystko z tamtej epoki, od strojów kelnerek, poprzez dekoracje aż do menu. Duże smaczne porcje, typowo amerykańskie (hamburgery, frytki, krwisty stek, piwo) może tylko trochę droższe w porównaniu z innymi tego typu miejscami. Stamtąd ruszyliśmy w kierunku Los Angeles. 
restauracja Peggy Sue's

główne wejście

                                                Autostrada zaczynała robić się coraz szersza, coraz wiecej pasów i ruch zwiekszał sie z każdym kilometrem. Powoli ale jednak poruszalismy sie.  Wjeżdżajac do Los Angeles autostrada poszerzyła sie do 8 pasów w każdym kierunku. Bez zatrzymywaniania się dojechaliśmy do naszego hotelu i...jakaż różnica. Jeszcze byliśmy pod wrażeniem luksusowego hotelu w Las Vegas a tu znalezliśmy się nagle w typowym motelu dla komiwojażerów, jak z amerykańskiego filmu z lat 60-tych. Mały pokój, łazienka może z 1,5m², wyblakłe ściany nie malowane chyba od otwarcia hotelu, na dodatek małe okno z widokiem na ganek przez który wszyscy goście musieli przechodzić aby dostać się do swoich pokojów i swiatło, które mogło by być bez kłopotu używane podczas nalotów w czasach II wojny światowej, ciemno jak w d....  u murz....przepraszam - przysłowiowego  afro-amerykanina. Nie można powiedzieć żeby było brudno ale wszysko było już bardzo zużyte. Dobre czasy ten hotel miał już dawno za sobą i potrzebował pilnie generalnego remontu. Pozostawiliśmy nasze bagaże i wyjechaliśmy na miasto żeby się trochę zorientować w które jego cześci się znajdujemy. Los Angeles samo w sobie nie jest miastem atrakcyjnym, owszem sa ładne i luksusowe dzielnice rezydencyjne ale są one dość oddalone od centrum. Odległości są duże i jest duży ruch ale jakoś specjalnie nie ma korków. Powoli, ale wszystko sie rusza. Zwiedzanie miasta pozostawiliśmy na dzień następny i zdecydowaliśmy się na kolację w restauracji Bubba Gump Shrimp Co. Pamiętacie napewno film „Forrest Gump”, jego historia jest prawdziwa tak jak i ta restauracja, którą można na filmie rozpoznać. Bardzo smaczne owoce morza, duże porcje i rozsądne ceny a na dodatek pięknie położona, nad samym brzegiem Pacyfiku. Po kolacji już tylko hotel i łóżko. Wczesnie rano, jak przystało na prawdziwych turystów wyruszyliśmy po obowiązkowe zdjęcie wzgórza ze słynnym napisem ”HOLLYWOOD”. Droga do niego jest bardzo wąska i bardzo kręta. Po „zdobyciu” pamiątkowego zdjęcia, udaliśmy się na poszukiwanie słynnego Sunset Boulevard, ulicy gdzie słynne gwiazdy „dostają” swoje gwiazdki na chodniku, a tak naprawdę to je sobie kupują za ponad 100 tys. dolarów. Gubiąc sie kilka razy po drodze dotarliśmy w końcu na miejsce. Mnóstwo ludzi, jeszcze więcej aparatów fotograficznych (japończycy, oni nie robią zdjeć, oni strzelają jak z karabinu maszynowego do wszystkiego) i mnóstwo gwiazd, oczywiście tych na chodniku. Jeszcze tylko zdjęcie przy Kodak Theatre (tam gdzie rozdają słynne Oskary) i skierowaliśmy się do końcowego punktu Route 66, który znajduje się na molo w Santa Monica (w obrębie wielkiego Los Angeles). 
w drodze na słynne hollywodzkie wzgórze

Hollywood

Sunset Boulevard - chodnik gwiazd

Teatr Kodak - to tu właśnie "rozdają" Oscary

                                      Ciekawostką jest, że ruta zaczyna się na molo w Chicago i kończy też na molo w Santa Monica.  Muszę przyznać z reką na sercu, że a widok znaku oznaczającego koniec Drogi 66 rozczuliłem się jak małe dziecko. Dobiegła końca podróż o której marzyłem od lat, spełnienie czegoś co się wydawało nieosiągalne, właśnie to -  spełnienie marzenia. I tu stałem, z dwoma PRZYJACIÓŁMI, pod TYM znakiem, z tysiącami zdjęć zrobionymi po drodze aby zachowac w pamięci ten spełniony sen. Na samym końcu mola znajduje się ostatni ”oficjalny” sklep Route 66 z dedykacją dla Roberta Waldmire’a, prawdziwej ikony tej historycznej trasy, o którym wspominałem przy okazji wizyty w mieście Pontiac (tu)
Pacyfik - plaża w Santa Monica

Santa Monica

molo w Santa Monica

Lunapark dla najmłodszych na molo 

hurraaa! dopięliśmy swego!

ostatni sklep na Route 66 - w hołdzie Robertowi Waldmire

                                      Przypadek sprawił, że tuż obok sklepu na samym końcu mola stał zaparkowany radiowóz policji z Santa Monica. Zła reputacja jaka generalnie panuje wokół amerykańskiej policji absolutnie nie odzwierciedla rzeczywistości. Zawsze czujni, pomocni, sympatyczni, chętni udzielenia porady, takich wlaśnie spotkaliśmy przejeżdżajac tysiące kilometrów, przez małe wioski, osady, miasteczka i wielkie miasta. Niestety środki masowego przekazu i internet są poteżną bronią, potrafiącą odizolowane przypadki przedstawić w sposób, jak gdyby były one nagminnymi, a tak wcale nie jest. 
amerykańska policja - No Problem

                                     Skończyła sie nasza podróz, od wybrzeża do wybrzeża, ze wschodu na zachód. Jak już wspominałem, przemierzyliśmy w ciąagu 18 dni prawie 6 tys. Kilometrów i każdy z nich pozostanie w mojej pamięci, a jeśli ta zawiedzie to pozostaną mi moi towarzysze pordóży i karty pamięci aparatu fotograficznego z ponad 4-ma tysiacami zdjeć aby mi o tym przypomnieć. Pozostaje mi tylko podziękować a Jorge i Pablo za ich wspaniałe towarzystwo i cierplowość i za to, że nie zrzucili mnie na dno Wielkiego Kanionu za wszystkie moje zrzędzenia i ”humory” w wiekszości przypadków nieuzasadnione. I Wam wszystkim, którzy znaleźliście chwilkę czasu, żeby wejść na ten blog i trochę poczytać o moich doświadczeniach z podróży, niektórzy znajdując nawet moment na pozostawienie komentarza. Dzięki wszystkim i...do następnej podróży. Obiecuje, że aby Was nie zanudzić nie będzie ona miala już nic wspólnego z USA.
jak na filmach - The End